Wpisy z kategorii *Felietony czwartkowe*

297 dni

Andre Villas-Boas przestał być trenerem Chelsea Londyn. Nie jest to znowu takie dziwne, patrząc na ostatnie wyniki ekipy z Londynu. Czarę goryczy przelała wyjazdowa porażka z West Bromwich Albion 0:1. Prawdę mówiąc, nie myślałem, żeby Portugalczyk miał jakiekolwiek szanse na zachowanie posady do końca sezonu po porażce z Napoli w 1/8 finału Ligi Mistrzów 1:3. A wiadomo, że Liga Mistrzów to rozgrywki najbardziej interesujące właściciela The Blues – Romana Abramowicza.

Chelsea za AVB grała… słabo, momentami wręcz fatalnie. Szczególnie zdenerwował mnie ostatni mecz The Blues. Beznamiętnie, ograniczając się do jak najmniejszego wysiłku i jak największego jego udawania. Nie wiem, czy Daniel Sturridge specjalnie zmarnował dwie stuprocentowe sytuacje, ale w każdym razie wszystko sprowadzało się do myśli – grać tak, aby AVB został zwolniony. Wyszło im.

Może i to właśnie Chelsea jako pierwsza w lidze pokonała Manchester City, ale nie można zapomnieć o innych meczach – 3:5 z Arsenalem na Stamford Bridge, jeden z pierwszych poważnych zawodów kibiców w tym sezonie. A inne? Pamiętacie jakie problemy mieliśmy z wyjściem z grupy w LM? Zagwarantowaliśmy je sobie dopiero ostatnim grupowym meczem – z Valencią, 3:0, moim zdaniem najlepszy mecz za kadencji Portugalczyka w Chelsea. Równie dobry mógł się wydawać mecz z Manchesterem United – 3:0 do przerwy i wielka przewaga piłkarzy z Londynu. Niestety, nawet takiej przewagi nie udało się zachować. Skończyło się na wyniku 3:3 i kolejna cegiełka do zwolnienia AVB została dołożona.

Andre Villas-Boas miał swoją filozofię futbolu. Przynajmniej tak się wydawało, kiedy wygrywał Ligę Europy razem z FC Porto. Potem coś się zepsuło. Albo może inaczej – sukcesy portugalskiego klubu to zarówno zasługa zawodników, jak i trenera. Trafił w końcu na Falcao, Hulka czy Joa Moutinho w życiowej formie. Aktualnie Porto trochę się rozsypało, ale to nie tylko przez odejście trenera – odszedł przecież najlepszy snajper Smoków, wspomniany wcześniej Falcao. Przeniósł się do Madrytu, do Atletico. Z Chelsea było inaczej. Młody, niespełna 35-letni trener na początku bez problemu dogadywał się z piłkarzami, ale gdy przyszły porażki, jego autorytet został mocno nadszarpnięty. Chodzącym legendom w tym klubie, jak Frank Lampard, John Terry czy Didier Drogba trudno mieć pełne zaufanie do prawie że swojego równolatka, praktycznie debiutanta w wielkim europejskim klubie. Andre Villas-Boas miał im przypomnieć o Jose Mourinho – trenerze, za którym wspomnieni piłkarze skoczyliby w ogień. Nie przypomniał. Piłkarze znowu wyglądali jak sieroty po The Special One. Poprzednikowi AVB, Carlo Ancelottiemu udało się sprawić, że Chelsea wyglądała dobrze, miała ambicję, zapomniała o Mourinho. Z kolei były trener Porto chyba tylko przypomniał graczom The Blues o byłym mentorze.

Jeśli chodzi o kwestie finansowe, to zatrudnienie Villasa-Boasa było gigantyczną stratą. Za sprowadzenie go na Stamford Bridge na pół roku Abramowicz zapłacił około 45 milionów Euro. Dodatkowo jeszcze transfery – min. Sprowadzenie Raula Meirelesa, którego ja w ogóle nie mogę zrozumieć. Tak zamierzał odmłodzić skład były trener? Niespełna 29-letnim zawodnikiem, który – bądźmy szczerzy – w trakcie półrocznego pobytu na SB nie pokazał nic, co stawiałoby go wyżej nad Frankiem Lampardem, co prawda kilka lat starszym, ale o kilka klas lepszym. W dodatku transfer Lukaku, za 18 milionów Euro. Jasne, zawodnik bardzo obiecujący, ale czy dostał poważną szansę? Nie! Marnuję się w rezerwach, podobnie jak Piazon.

Dotychczas wymieniałem same błędy AVB. Oczywiście były też pozytywy w jego ruchach transferowych czy w grze Chelsea za jego trenerki. Niekiedy występował ten „Sexy Footbal”, czyli coś, co naprawdę podobało się Romanowi Abramowiczowi. W niektórych meczach, szczególnie na początku sezonu, można było zauważyć tą ambicję, te dopracowane zagrania. Przykładem takiego spotkania był min. mecz z Valencią.

Transfery AVB również nie były taką straszną porażką. Przede wszystkim wyszedł mu jeden transfer – Juana Maty. Hiszpan był – moim zdaniem – najlepszym piłkarzem Chelsea za kadencji Villasa-Boasa, do spółki z Danielem Sturridgem. Te 23,5 miliona na pewno się nie zmarnowały. Poza Matą, były trener Chelsea nabył również Oriola Romeu – młodziutkiego piłkarza Barcelony, ukradzionego z jej szkółki. Kosztował 5 milionów, i to również nie były źle wydane pieniądze. Oriol nie stał się z miejsca podstawowym piłkarzem The Blues – sporo na to pracował, regularnie wychodzić w pierwszej jedenastce zaczął dopiero w grudniu. W każdym razie, opłacało się wykraść tego piłkarza Barcelonie. Niedawno doszedł też Gary Cahill z Boltonu – na razie nie potrafię stwierdzić czy to dobry ruch

Villas-Boas nie tylko kupował, a także sprzedawał. Nie ma już w Londynie Alexa (Paris Saint Germain) i Anelki (Shanghai Shenhua). Skład Chelsea został więc odmłodzony, ale nie przyniosło to zamierzonych efektów, chociaż prawdę mówiąc, Alex i Anelka raczej od dawna nie mieli miejsca w podstawowej jedenastce, a oni mają zbyt duże ambicje by siedzieć na ławce – nawet w takim klubie jak Chelsea.

Czy się cieszę z odejścia Boasa? Nie wiem. Czy dał Chelsea coś dobrego? Tak. Zasłużył na zwolnienie? Mimo wszystko chyba tak. To nie była ta drużyna. Praktycznie każda Chelsea z okresu Abramowicza grała lepiej. Teraz pozostaje pytanie: kto obejmie sieroty po Portugalczyku?

Co Kalou robi w Chelsea?

Mam jedno pytanie. Co jeszcze Salamon Kalou robi w Chelsea? Myślałem, że skończony w drużynie The Blues będzie już w tym sezonie, kiedy przyszła nowa, wymagająca konkurencja - Juan Mata, a przecież reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej i w poprzednim sezonie nie mieścił się w pierwszej jedenastce. Aktualnie w zespole Andre Villasa-Boasa znajduje się 4 napastników (nie liczę kontuzjowanego Sturridge’a) i 3 skrzydłowych. Oczywiście rzadko kiedy dwaj skrzydłowi grają od pierwszej minuty - zwykle zamiast Maloudy bądź Maty przy linii bocznej biega Anelka, Torres bądź Drogba.

Na początku tego sezonu byłem rozczarowany, widząc Kalou w pierwszym składzie Chelsea. Zaprezentował się jednak słabo, przez co w następnych meczach szkoleniowiec The Blues nie był skłonny wystawiać go w pierwszej jedenastce. Dotychczas rozegrał więc trzy mecze w barwach niebieskich. Na boisku przebywał 111 minut. Niestety, wczoraj na stadionie Valencii również wszedł na boisko. Zmianę dał… no cóż, jakoś beznadziejnie nie grał, ale kibice Chelsea zapamiętają go głównie za głupie zagranie ręką w polu karnym. W 85. minucie, przy stanie 1:0, po rzucie rożnym Kalou wyskoczył do główki obok Pablo Piattiego. Zagrał piłkę ręka nad jego głową, przez co szansę na gola miał Robert Soldato. Nie zmarnował jej.

Z drugiej strony, Chelsea przegrała trochę na własne życzenie. Piłkarze AVB marnowali sytuacje jak natchnieni - dali okazję Diego Alvesovi do wykazania się i zostania najlepszym piłkarzem meczu. Mieli wiele setek, ale bramkę zdobył dopiero Frank Lampard (który trafił w LM po dwóch latach przerwy) po kapitalnym podaniu Florenta Maloudy. W końcówce meczu Anelka zmarnował piłkę meczową i remis stał się faktem. Grali dobrze wszyscy - tylko nie było komu goli strzelać. Valencia również miała kilka groźnych sytuacji, ale w bramce dobrze spisywał się Petr Cech. Chelsea lideruje w swojej grupie z 4 punktami na koncie.

Mam nadzieję, że po tym meczu Kalou na dobre straci zaufanie Boasa. Nie mówię tego, sfrustrowany po remisie z Nietoperzami. Prawdę mówiąc, Kalou w Chelsea nigdy mnie specjalnie nie zachwycał - już w kwietniu pisałem, że powinien odejść ze Stamford Bridge, a tydzień później ponawiałem apel o odejście napastnika.

Czy AVB sprosta zadaniu?

Nie będzie to kolejny felieton o podobieństwach Andre Villasa-Boasa do Jose Mourinho. Postaram się też nie przypominać wam jego kariery, ewentualnie będą do niej tylko nawiązania. Czemu? A no dlatego, że takich artykułów jest już mnóstwo!

Zaroiło się od takich tekstów już w marcu, kiedy to FC Porto genialnie radziło sobie zarówno w Pucharze Portugalii, jak i w lidze oraz w Lidze Europejskiej. Ostatecznie Smoki wygrały wszystko, a Boasa okrzyknięto nowym, lepszym Mourinho. Stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych trenerów na rynku transferowym. Szkoleniowców potrzebowały w tym czasie dwie drużyny: Inter Mediolan, po zwolnieniu Leonardo i właśnie Chelsea Londyn, po pozbyciu się Carlo Ancelottiego. Właściciela Nerrazurrich dotychczas szastającego pieniędzmi odstraszyła suma odstępnego za wykup Boasa z Porto - 15 milionów euro. Abramowicz czekać nie zamierzał i wyłożył pieniądze na stół. Oprócz wspomnianych kilkunastu milionów następcy Ancelottiego trzeba płacić 5 milionów euro za sezon. Pięć razy więcej niż w Porto.

Pokrótce przypomniałem odyseję trenerską w której w roli głównej wystąpili właściciel Chelsea i właśnie AVB. Oczywiście, wcześniej były też rozmowy z Hiddinkiem i spekulacje o dołączeniu innych szkoleniowców. Ale po co zatrudniać trenera zastępczego, starszego, jeśli jest możliwość dołączenia najmłodszego zdobywcy LE i człowieka, dzięki któremu Porto nie przegrało ani razu w całym sezonie? A że trzeba wydać 15 milionów euro, to nic. Co to w końcu jest kilkanaście milionów dla miliardera?

W każdym razie, przed Andre Villasem-Boasem stoi bardzo trudne zadanie. Musi sprawić, aby Chelsea wróciła na szczyt, a właściwie inaczej - musi zdobyć puchar Ligi Mistrzów. To tyle. Abramowiczowi nie marzy o kolejnym mistrzostwie Anglii, - choć niewątpliwie nie zasmuciłby się po jego zdobyciu - nie chodzi o triumfowanie w pucharach krajowych, - choć do fety dołączyłby się z pewnością - Roman Abramowicz widziałby w gablocie klubowej klubu trofeum za wygranie Ligi Mistrzów. Nie sprostał temu zadaniu Mourinho, nie sprostał Ancelotti, najbliżej był - o ile mniej znany - Hiddink, zabrakło kilku centymetrów przy strzale JT. W każdym razie, AVB ma przed sobą postawione bardzo trudne zadanie. Co prawda każdy trener przychodzący do Chelsea musi walczyć o najwyższe trofeum, a porażka na wszystkich frontach musi oznaczać zwolnienie. Niekiedy nawet dojście do finału LM oznacza zwolnienie. Tak się stało z Hiddinkiem, a przecież nikt za niego rekordowych piętanstu milionów nie wykładał. Wywalono również Ancelottiego, a ten przecież przegrał - i w Premier League i w LM - tylko z Manchesterem United, drugą drużyną Europy.

Pomiędzy Ancelottim i Hiddinkiem, a Boasem jest jednak pewna znacząca różnica. To różnica wieku. AVB jest praktycznie równolatkiem dla Drogby, Maloudy czy Lamparda. Charyzmę były trener Porto z pewnością ma. Pytanie jest inne: czy porwie za sobą - niczym Jose Mourinho - piłkarzy Chelsea, tak że ci skoczą za nim w ogień? Czy będzie dla nich takim bożyszczem jak The Special One, po którego odejściu zbutnował się Drogba, prosząc o wpisanie na listę transferową? Raczej nie. W dodatku, zamiast określając się mianem człowieka specjalnego, trenera wyjątkowego, Boas twierdzi że zamiast The Special Two jest… Shit One. Możemy mieć jednak nadzieję, że osiągnie sukces. I to w dodatku sukces podparty nie bronieniem się i stawianiem autobusu we własnym polu karnym. Dla Boasa oprócz wyniku wart jest również styl gry. Porto potrafiło pokonywać rywali kkilkoma bramkami. Zespół AVB pokonał w półfinale LE Villareal 5-1! W dodatku wszystkie pięć goli Smoki zdobyły po przerwie, a aż cztery - Radamel Falcao.

Villas-Boas może mieć jednak z Chelsea pewien problem. Konkretniej, na kim zbudować zespół, który ma osiągnąć triumf w Lidze Mistrzów, szczególnie wśród napastników? Czy na Fernando Torresie, który w 14 meczach w barwach The Blues do siatki trafił tylko raz? A może podporę do strzelania goli uczynić z Didiera Drogby, weterana Chelsea? Czy pałeczkę pierwszeństwa wśród napastników przekazać młodemu Danielowi Sturridg’owi? Spróbować postawić na aktualnych graczy Chelsea czy ich wyprzedać i sprowadzić genialną dwójkę z Porto - Hulka i Falcao? Kwota transferu będzie horrendalna, może przekroczyć nawet cenę za Fernando Torresa, a kto wie, czy nie okażą się równie nieskuteczni jak on.

A przecież problemy mieliśmy nie tylko w ataku. Nasza pomoc również nie fukncjonowała najlepiej, zawodzili raz za razem Ramires, Essien, Mikel, a czasami nawet Lampard. Według “Mirror Football” wszyscy z wyjątkiem Brazylijczyka mieliby w lecie opuścić Stamford Bridge. Najpewniej i tak się to nie stanie, ale myślę, że któryś z dwójki pomocników Essien i Mikel opuści Londyn. W minionym sezonie oboje nie prezentowali wybitnej formy, a Nigeryjczyk nie grał za często w podstawowym skladzie, ustąpił miejsca Ramiresowi. Lukę po nim może załatać João Moutinho, którego na SB chce sprowadzić nasz nowy trener. Mam również nadzieję, że AVB doceni Josha McEachrana i jego niesamowity potencjał. W końcu w Arsenalu został doceniony potencjał Wilshere i teraz bardzo trudno będzie wygryźć go ze składu Kanonierów. To samo w Borussi Dortmund, kiedy Mario Goetze dostał szansę, wykorzystał ją kapitalnie i w końcu został najlepszym graczem Bundesligi w sezonie 2010/2011. Tylko jakoś u nas nie chcą docenić zdolnej młodzieży.

Zadanie przed Boasem postawiono trudne. Oprócz obrony, gdzie pozycje zawodników są w miarę ustabilizowane i pewne, ma przed sobą chaotyczny zlepek zawodników, podłamanych porażką w poprzednim sezonie. Mam nadzieję, że niczym Mourinho, uczyni z tego zespół na klasę europejską i wreszcie, już jako pierwszy szkoleniowiec w historii Chelsea podniesie puchar Ligi Mistrzów.

Do you know the enemy?

Sypiąc tytułem z jednej z najlepszych piosenek mojego ulubionego zespołu rozpoczynam - jak zresztą dzisiaj już prawie każdy - gdybanie o wielki finał Ligi Mistrzów. Kto go zdobędzie, kto jest faworytem i czym tym razem zaskoczy nas Barcelona? Aktorstwem, czy wyjątkowo się powstrzyma przed udawaniem?

Nie ukrywam, faworytem jest Barcelona. Nie ukrywam także, że mamy finał dla futbolu najlepszy - spotkali się słaby i najlepszy trener świata. Nigdy nie uwierzę w to, że Guardiola jest dobrym trenerem. Powiedzmy szczerze - co on w tej Barcelonie zrobił? To po prostu drużyna, na której tworzenie nie miał on żadnego wpływu. Twórcą dzisiejszej Blaugrany jest nie kto inny jak Johan Cruyff. To on stworzył Dream Team. Gurdiola przejął Dumę Katalonii po Holendrze i to jemu przypisuje się sukcesy Barcy. Mam pytanie. Czemu? Czy dlatego, że w swojej drużynie najlepszego piłkarza świata, który na swojej ulubionej pozycji z jakimkolwiek trenerem u boku może zrobić wszystko? Czy dlatego, że Barcelona ma Xaviego, Iniestę, wybitnych kreatorów futbolu, których Guardiola również nie wytworzył? Czy dlatego, że sprowadził niepotrzebnie za gigantyczne pieniądze Zlatana Ibrahimovica? A może jeszcze, ponieważ Barcelona gra ciągle tą samą taktytą, wymieniając tryliardy podań, co przy dobrze skonstruowanej defensywie jest nieprzydatne? Szacunek Guardioli się należy, uwielbienie już nie. Śmiem twierdzić, że z takim zespołem to by i Jose Maria Bakero odnosił sukcesy…

Barca może to wygrać bez problemu. Musi tylko przestać symulować, choć nie wiem, czy gracze Blaugrany się powstrzymają. Przede wszystkim jeden, prawdziwy mistrz udawania - Busquets. Co trzeba z nim zrobić, żeby Barcelona pokazała wreszcie przeciwko klasowej drużynie mistrzowską grę? Przecież nawet powstała “gra” - znajdź Sergio Busquetsa. Nic dziwnego, przy takim udwaniu… W meczach z Realem Madryt było całkiem podobnie.

Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule mojego artykułu - największym wrogiem Barcelony jest ona sama. Oczywiście można też uznać jako największego wroga pewnego portugalskiego trenera… Jeśli Duma Katalonii skupi się na grze, a jej gwiazdy postarają się grać na swoim najwyższym poziomie, to piłkarze Guardioli nie powinni mieć problemu z wygraną. Trzeba wspomnieć, że na angielskiej ziemi Messi nie strzelił jeszcze nigdy gola. A jak nie Lionel, to kto ma strzelać gole? Villa, będący od lutego w słabej formie? Pedro, który podobnie jak Hiszpan ostatnio nie strzela? A może Blaugranę uratuje - znowu - Andres Iniesta, wbijając gole w końcówce, niczym w finale MŚ w RPA, czy półfinale LM z Chelsea?

Skupiłem się na Barcelonie, teraz czas na Manchester United. Czerwone Diabły są naprawdę galaktyczne - to już trzeci finał Ligi Mistrzów w ciągu ostatnich czterech lat! W dodatku drugi z Barceloną. Wtedy to jednak zespół Fergusona nazywano faworytami. Mimo wszystko MU poległ, po bramkach Eto’o i Messiego. Teraz Barcelona jest lepsza, dużo lepsza. Ma też oczywiście po swojej stronie sędziów… No, ale nie o tym mowa. Ferguson musi zdetronizować Xaviego oraz Messiego, najlepszych grajków w zepsole Barcy. Jak to zrobić? Ano wystarczyzapytać się swojego przyjaciela, Jose Mourinho. On na pewno pomoże, w końcu jemu to się udało - przez 45 minut w finale Pucharu Króla, ale jednak Dumę Katalonii zdetronizował całkowicie. Fergie ma pewnie jednak własny sposób na pokonanie Barcelony. Oby wyszedł mu lepiej niż dwa lata temu. Teraz istotna będzie też chęć zemsty na drużynie Guardioli, w końcu jeśli Manchester wygrałby dwa sezony temu byłby pierwszą drużyną w historii LM, która podnosiła puchar dwukrotnie bez przerwy.

Czerwone Diabły to drużyna klasowa. Grają tak, jak powinna robić to Barcelona - nie udają! Nie dominują na boisku przez 90 minut, lecz są równie skuteczni na boisku jak podopieczni Pepa. Na Wembley wybiegną indywidualności nie gorsze niż po drugiej stronie - w końcu czy Giggs gra gorzej od Xaviego, Rooney od Villi, a Van der Sar od Valdesa? Głupie pytanie, Holender to jeden z najlepszych bramkarzy świata, podczas gdy Hiszpan trzyma się tuż za elitą. Manchester po ewentualnej nieudanej pierwszej połowie na pewno zostanie lepiej zmotywowany - Ferguson im nie odpuści.

Względem Manchesteru również odpowiem na pytanie tytułowe. Wrogiem Czerwonych Diabłów jest właśnie Barcelona. W lidze MU został czasami zatrzymywany przez Chelsea, za to w Lidze Mistrzów ulegał - chociażby w finale dwa lata temu - właśnie Blaugranie. Teraz mają okazję do zemsty…

Ja tego sezonu za tragiczny nie uważam!

Po przegranym meczu z Manchesterem United, który zadecydował o zdobyciu tytułu przez drużynę sir Alexa Fergusona, słychać głosy, że ten sezon jest porażką. Patrząc na statystyki, w porównaniu do poprzedniego sezonu to prawda. Nie zdobędziemy mistrzostwa Anglii, nie wbijemy rywalom rekordowych stu dwóch goli, nie pokonamy wszystkich zespołów z pierwszej czwórki dwukrotnie. Wprawdzie zaszliśmy w Lidze Mistrzów o jedną rundę dalej, ale jeszcze kilka sezonów temu graliśmy regularnie w półfinałach.

Ja w każdym razie tego sezonu ani za tragiczny ani za przegrany nie uważam. Jeśli mam uznać coś za beznadziejne to przede wszystkim transfery. Pożegnaliśmy się w lecie z wieloma trzydziestolatkami, jak Deco (34 l.), Ricardo Carvalho (32 l.) czy Micheal Ballack (34 l.). Teoretycznie wydawało się to dobre, odmłodziliśmy skład, bo to zespołu przyszli gracze młodsi: Yossi Benayoun (30 l.) oraz Ramires (23 l.). Praktycznie wyszło, że straciliśmy piłkarzy dla naszego zespołu kluczowych, którzy w innych zespołach odnaleźli się wcale nie gorzej – ba, Ricardo Carvalho skutecznie kierował defensywą Realu Madryt, będąc filarerem w obronie Mourinho. Trochę gorzej spisywał się Ballack, który wrócił do stare śmieci, doBayeru Leverkusen. Podobnie jak portugalski stoper zdobył wicemistrzostwo w swojej lidze, z tą różnicą, że Niemiec rozegrał w swojej drużynę trochę mniejszą rolę. Tymczasem Yossi Benayoun przez większą część sezonu był kontuzjowany, drużynie za bardzo nie pomógł. Co innego Ramires, on akurat okazał się piłkarzem naprawdę wartym 24 milionów, które na niego wydał Abramowicz.

Początek sezonu mieliśmy świetny, później już było tylko gorzej. Stoczyliśmy się z pierwszego miejsca w tabeli, w oczy zajrzało nam widmo wypadnięcia spoza podium – nawet spoza czwórki! Na szczęście w 1/8 finału trafiliśmy na stosunkowo łatwego rywala – FC Kopenhagę. Abramowicz, podobnie jak wielu kibiców The Blues nie cieszyło się zbytnio z postawy drużyny. Wprowadzanie młodych do składu nie wyszło, trzeba było zrobić to, co Roman umie najlepiej: kupować, i to za wielkie pieniądze. Sprowadzono Davida Luiza orazFernando Torresa, odpowiednio za 25 i 58 mln euro. El Nino zaaklimatyzował się beznadziejnie, na szczęście na drugim biegunie znalazł się brazylijski stoper.



Romek forsę dał, oczekiwał suksesów. Udało nam przejść do ćwierćfinału, ale i tak dzięki chwilowemu błyskowi Nicolasa Anelki przeciwko – nie oszukujmy się – słabej Kopenhadze. Patrząc na późniejszą formę Francuza, było to jego ostatnie prawdziwe dobre spotkanie, zarazem ostatni strzelony gol dla Chelsea. W lidze z kolei po raz ostatni pokonał bramkarza drużyny przeciwnej 1 lutego b.r. Wtedy Torres teoretycznie był już w Chelsea, ale jego debiut nastąpił pięć dni później. Anelka przestraszył się konkurencji, – bo dotychczas miejsce w składzie miał prawie pewne - postanowił więc coś postrzelać. Wbił trzy gole w lutym i spoczął na laurach. Drogba zabrał mu jego miejsce w składzie i obrażony Francuz zasiadł na ławce nic nie strzelając aż do dzisiejszego dnia. Reprezentant WKS strzelał rzadziej, ale przynajmniej gole zdobywał. Tymczasem Fernando Torres zaliczył „imponującą” serie 13 meczów bez strzelonej bramki, przełamał się dopiero w niedawnym meczu z West Hamem – i ponownie ucichł. Na koncie ma więc jedną bramkę, a do końca sezonu jeszcze 1 mecz. Torres strzeli gola? Mhm, pewnie.

Nawet patrząc na tragiczną postawę naszych napastników i kilkadziesiąt milionów – jak na razie – wyrzuconych w błoto i tak uważam, że ten sezon beznadziejny nie był. Popatrzmy: Do odrobienia straty 15 punktowej do lidera, zadania praktycznie niewykonalnego zabrakło niewiele, bardzo niewiele. To pokazuje charakter zespołu. Co prawda tego charakteru zabrakło w okresie zimowym, ale jak to mówi pewne bardzo mądre przysłowie: „lepiej późno niż wcale”. Sezon kończymy bez trofeum, ale faktyczna porażka to jak dla mnie porażka zEvertonem w FA Cup. Nicolas Anelka nie wykorzystał wtedy karnego – przypomina się powtórka z finału Ligi Mistrzów w 2008 roku, chociaż w tamten mecz był dla Chelsea ważniejszy. Polegliśmy jednak z średniakiem z Liverpoolu, mimo że zanosiło się na wyjście z kryzysu.

Powtórzę ponownie – nie ma się czego wstydzić! Popatrzmy na Ligę Mistrzów, polegliśmy w ćwierćfinale z Manchesterem United, który przecież doszedł do finału! Zerknijmy na Premier League – znowu porażka z intergalaktycznymi Czerwonymi Diabłami. Porażka bynajmniej nie wstydliwa, bo jak tu walczyć z Ryanem Giggsem, nieśmiertelnym bojownikiem, objawieniem ligi angielskiej Hernandezem, czy najlepszym trenerem w historii piłki klubowej –Fergusonem? W poprzednim sezonie nam się to udało, moim zdaniem dzięki kapitalnej postawie Franka Lamparda i Didiera Drogby. Pewnie, były spotkania gdzie nie prezentowali nic szczególnego, grali bezproduktywnie, ale zdarzały się i takie pojedynki, które wygrywali sami.

Ferguson i Manchester dwóch sezonów z rzędu przegrywać nie zamierzali. Czerwone Diabły nie chciały powtórzyć „niechlubnej” passy z lat 2004-2006, kiedy to nie zdobyli żadnego mistrzostwa. Czemu „niechlubnej”? Bo od powstania Premier League od 1992 roku właśnie oprócz tych trzech lat nigdy nie zdarzyło się, żeby Manchester nie wznosił pucharu dwa sezony z rzędu. Trener MU, jako władca absolutny w swoim klubie dokonał transferów, a właściwie inaczej – transferu. Do klubu przyszedł 22-letni Meksykanin, Javier Herandez. Konia z rzędem temu, kto się spodziewał na jaką gwiazdę wyrośnie młody napastnik. Nie został królem strzelców, nie ma nawet najwięcej goli w zespole Manchesteru, ale trzeba coś zauważyć – to on wybiega na boisko w pierwszym składzie, a nie Dimitar Berbatov, najpewniej król strzelców Premier League, z 21 bramkami na końcie. Hernandez ma ich 20, ale wiele kluczowych, min. bramka z Chelsea w 36. sekundzie meczu. Oprócz Javiera za przyczynę naszej porażki obwiniam Ryana Giggsa i Wayne Rooneya. Chyba nie muszę wyjaśniać za co?

Podsumowując, ten sezon był całkiem dobry. Za pozytywy wziąłbym wreszcie Josha McEachrana w pierwszym składzie, nawet jeśli mecz z Newcastle United był prawie jak o pietruszkę. Nasi piłkarze nabrali doświadczenia, mówię o tych młodszych. Jeśli mam coś powiedzieć o starszych, zacytuję wypowiedź Ancelottiego sprzed roku: „Moi piłkarze nie są o kolejny rok starsi, ale o kolejny rok lepsi.” Z kolei negatywy to przede wszyskim transfery. Liczę na porpawę przede wszystkim w tym elemencie. Z moich własnych pragnień, to zobaczyć Hazarda na Stamford Bridge, chociaż czemu by nie wymyślić kogoś jeszcze lepszego, jak Mario Goetze?

Oni muszą odejść

Wielkimi krokami zbliża się letnie okienko transferowe. Roman Abramowicz na pewno nie będzie próżnował, podobno chce dać nawet 80 mln euro na kupno nowych graczy. Jednak wiadome jest to, że jeśli ktoś przychodzi, to ktoś musi odejść. To jest moja piątka graczy, która definitywnie powinna opuścić Stamford Bridge, najlepiej za duże pieniądze.

1. Jose Bosingwa

Za: 15 mln euro.

Portugalczyk to już nie ten sam zawodnik co kiedyś. Stary nie jest, nie przekroczył nawet bariery 30 lat, ale nie prezentuje już tak wybitnego poziomu co kiedyś. W poprzednim sezonie, wobec jego absencji grał Bronislaw Ivanovic i to grał bardzo dobrze. Teraz, kiedy do klubu przyszedł David Luiz, Serb został przesunięty znowu na prawą obronę. Jose gra teraz fragmentami, niekiedy wchodzi z ławki. Zwykle to on wobec absencji którego kolwiek z defensorów wybiegał w pierwszym składzie, ostatnio Ancelotti wystawił Paulo Ferreirę. Czas Bosingwy w Chelsea się kończy, życzę mu jak najlepiej, ale niech odejdzie ze Stamford Bridge.

2. Paulo Ferreira


Za: 2 mln euro.

Nie są to oszałamiające pieniądze, ponieważ Paulo Ferreira z sezonu na sezon gra coraz gorzej i coraz mniej. Od lutego 2005 roku jego wartość spada regularnie, wtedy kosztował jeszcze aż 20 mln euro (według portalu transfermarkt.de). Ostatnio prezentował się dobrze tylko w roli tłumacza, lecz i tak było to prawie dwa miesiące temu. Dostał kilka szans, lecz ich nie wykorzystał. W letnim okienku transferowym 2010 pożegnaliśmy się z kilkoma trzydziestolatkami, teraz czas na kolejnego prawego obrońcę. 31 letniego.

3. Yossi Benayoun


Za: 10 mln euro.

Izraelczyk przychodził do Chelsea w wieku mocno już zaawansowanym, miał trzydzieści lat. Opuścił Liverpool będąc kapitanem swojej drużyny narodowej. W Chelsea miał zakończyć karierę bardzo przyjemnym epizodem. Zbyt dużo z tego nie wyszło, ponieważ przez większą część sezonu leczył kontuzję. Wrócił już w rundzie jesiennej, jednak pełni teraz rolę dopiero piątego środkowego pomocnika i gra - tylko i wyłącznie z ławki - jedynie wtedy, kiedy Essien, Lampard bądź Ramires są kontuzjowani. Miał być podstawowym zawodnikiem, jednak nic z tego nie wyszło. Carletto woli stawiać na młodych zawodników (oprócz Lamparda jest najstarszym ze środkowych pomocników) i bardzo dobrze. Za Yossim nie będziemy tęsknić, może dlatego, że nie poznaliśmy w pełni jego możliwości. Ja jednak drugiej szansy w postaci zostania na następny sezon bym mu nie dał, za duże ryzyko.

4. Salomon Kalou


Za: 15 mln euro.

Powtarzałem to wielokrotnie, powtórzę i teraz: Kalou musi odejść. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej nie prezentuje takiej formy, żeby grać w Chelsea, a co dopiero, żeby wybiegać na boisko w podstawowym składzie. Od czasu jego przyjścia w 2005 roku na Stamford Bridge jego wartość systematycznie wzrasta. Kalou przebudza się zawsze na koniec sezonu bądź akurat wtedy, kiedy władze klubu rozważają jego odejście. Rodak Didiera Drogby strzelił w tym sezonie dziesięć goli, co plasuje go na trzecim miejscu wśród zawodników The Blues. To pokazuje, że Kalou nie trafia wcale wiele razy, żeruje tylko na tym, że jego koledzy do siatki trafiają jeszcze rzadziej. W każdym razie, Kalou to nie jest piłkarz dla Chelsea. Dużo lepiej prezentuje się jego rywal na tej samej pozycji, Florent Malouda. Kalou w żadnym z sezonów, które spędził w Chelsea nie prezentował formy wybitnej, często był zawodnikiem, który wchodził z ławki. Dopiero po przyjściu Torresa, nieregularnej formy zarówno Hiszpana jak i Anelki, razem z Malouda grali na skrzydle, po bokach Didiera Drogby. Ja bym jednak chętniej widział tutaj kogoś innego, najlepiej Daniela Sturridge’a.

5. Nicolas Anelka


Za: 15 mln euro.

Może trochę źle robię, skreślając trzech trzydziestolatków w Chelsea, ale ja chcę oglądać na Stamford Bridge młodych, zdolnych i kreatywnych, jak wspomniany wcześniej Daniel Sturridge czy Piazon, który do Chelsea przyjdzie po następnym sezonie. Nie mogę patrzeć na męczącego się mecz za meczem Anelkę, który za wszelką cenę chcę strzelić gola, ale coś nie może. Nie trafił do siatki rywali na boiskach angielskich już od 2 lutego, jest to seria dłuższa niż ta, którą tak media ośmieszały Fernando Torresa. Gola z kolei nie strzelił od 22 lutego, kiedy to pokonał dwukrotnie bramkarza Kopenhagi. W Lidze Mistrzów spisywał się całkiem przyzwoicie, miał na koncie siedem goli, przez co nawet doczłapał się na szczyt wśród strzelców. W Premier League jednak zawodzi. Przez cały sezon po zdobyciu gola cieszył się tylko sześć razy, co dla takiego napastnika jak Anelka jest drobnym upokorzeniem. Z drugiej strony, w poprzednim sezonie zdobył o tylko 5 goli więcej, lecz wtedy wyręczył go Didier Drogba, zdobywając 29 trafień. Teraz najlepszym strzelcem The Blues jest Florent Malouda mający o 16 goli mniej.

Oczywiście czy ci zawodnicy odejdą zależy głównie od tego czy ktoś będzie chciał ich kupić. Szczególny problem może być z Paulo Ferreirą, ponieważ wątpie czy on będzie chciał się ruszać z Chelsea, nawet jeśli będzie ciąglę grzał ławę. Postarałem się wybrać tych, którzy mogą odejść, ponieważ cokolwiek by się nie stało, Fernando Torres z Chelsea nie odejdzie. Abramowicz nie będzie chciał sprzedać zawodnika za którego dał prawie 60 mln euro.

I co z tymi napastnikami?

Chciałoby się powtórzyć poprzedni sezon. I to nie ze względu na mistrzostwo Anglii, ale na wybitną skuteczność naszych zawodników. Strzelili wtedy w sumie 103 gole, najwięcej w historii wśród drużyn Premier League. Jakby tego było mało, odnieśli najwyższe zwycięstwo w lidze, a w klasyfikacji strzelców wygrał nasz napastnik - Didier Drogba, strzelając 29 goli. Piąte miejsce zajął Frank Lampard, który był najwyżej wśród pomocników. Do siatki trafiał aż 24-krotnie. Na odpowiednio 10 i 11 miejscu znajdowali się Florent Malouda i Nicolas Anelka.

Wróćmy jednak może do obecnego sezonu. Aktualnie najlepszym strzelcem jest wspomniany wcześniej Francuz, Florent Malouda. Jeszcze szóstego kwietnia jego osobę łączono chociażby z Olympique Lyon. Teoretycznie był bez formy, a zawodnicy bez formy są do ostrzału. Teraz już chyba nikt tak nie myśli…  Od wspomnianego szóstego kwietnia Malouda zaczął błyszczeć formą. Rozegrał cztery spotkania w Premier League i strzelił cztery bramki. Jedna dała nam zwycięstwo nad Stoke, dzięki innej przypięczętowaliśmy zwycięstwo nad West Hamem. W każdym razie, kiedy Malouda poczuł naprawdę mocno, że może zbiżać się jego koniec w Chelsea skupił się. I gra wybitnie, aktualnie jest nie do wygryzienia ze swojej pozycji. Zresztą tak naprawdę nie ma poważnej konkurencji, ponieważ Zhirkow z tygodnia na tydzień dostaje coraz mniej szans, Mikel gra na innej pozycji i on ma raczej rywala w postaci Ramiresa. A Kalou? O nim w następnym akapicie…

Salomon Kalou. Rodak Didiera Drogby, teoretycznie najwiekszy talent w Chelsea. Przeszedł do niej już w 2006 roku, a więc jeszcze za czasów Mourinho. Miał kiedyś zastąpić Joe Cole czy Didiera Drogbę. Zastąpił? Bzdury. Jego sytuacja stała się jeszcze gorsza, kiedy do klubu przyszedł Malouda. Wtedy reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej głównie grzał ławę. Trochę wiary wstąpiło w niego, kiedy do klubu przyszedł Torres. Najpierw grał jego rywal na skrzydle, Malouda, ale z czasem Ancelotti zaczął eksperymentować w składzie. Carletto zauważył, że Torres chyba przestał strzelać, więc przestawił ustawienie na 4-3-3, gdzie na środku napadu grał Didier Drogba, a na skrzydle biegali właśnie Kalou i Malouda. Forma reprezentanta Wybrzeża Kości Słoniowej zbytnio nie imponuje. Co prawda strzelił dwa gole w trzech meczach, kiedy to The Blues grali w takim ustawieniu, ale i tak nie powinien dalej grać w Chelsea. Dwa gole w tak krótkim odstępie czasowym to jak na naszych napastników dużo. Jednak osiem w całym sezonie wcale specjalnym osiągnięciem nie jest. Kalou jest więc do ostrzału.

Kolejnym napastnikiem, który biega na Stamford Bridge dosyć regularnie jest Nicolas Anelka. Nie wchodzi na boisku w pierwszym składzie, ale zawsze pojawia się na murawie boiska. Czy to na dziesięć minut przed końcem, czy wcześniej, czy nawet w przerwie. W każdym razie, nic nie wnosi. Od czasu meczu z Sunderlandem, który odbył się pierwszego lutego, a więc już prawie trzy miesiące temu, nie strzelił gola w lidze. Francuz ustrzelił jeszcze dwukrotnie bramkarza Kopenhagi, co dało nam awans do przegranego ćwierćfinału z Manchesterem United. Jednak im bliżej do zakończenia sezonu tym gorzej jest z Nicolasem. Kiedy wiadome było, że do klubu przychodzi Torres, Anelka poczuł oddech konkurencji i rozegrał kilka dobrych spotkań. Wtedy to on grał. Potem jednak co raz gorzej prezentował się we wszystkich spotkaniach, więc usiadł na ławce. Teraz tylko z niej wchodzi i raczej nie ma szans na regularną grę w podstawowym składzie. Napastnik, który w ciągu zawodowej kariery grał w dziewięciu klubach (!) nie ma już przyszłości w Chelsea. Zabiera Ancelottiemu możliwość wprowadzenia jakiegoś zawodnika, który dałby sensowniejszą zmianę od niego. On, jak już wcześniej napisałem, nic nie wnosi. Podsumowaniem ostatnich występów Anelki w Chelsea może być sytuacja z West Hamem. Torres idealnie do niego zagrywa, Francuz jest w polu karnym, przed sobą ma tylko bramkarza i jednego obrońcę, stojącego tuż przy bramce. Nicolas strzela nad bramkarzem, ale trafia w głowę zawodnika z pola, który blokuje piłce drogę do bramki. Ta wychodzi na rzut rożny. Jak widać, Anelka chce, ale nie może.

Pisze tutaj o słabej dyspozycji strzeleckiej obu tych piłkarzy, ale przecież reszta wcale nie jest dużo lepsza. Didier Drogba z 12 bramkami jest naszym drugim strzelcem. Mimo wszystko, gra dużo lepiej od Anelki. Na boisku wyróżnia się, haruje, biega po całym boisku i raz po raz rozprowadza akcję, które kończą się groźnymi strzałami na bramkę albo czasami golami. Jeszcze inaczej wygląda sytuacja Torresa, który z Chelsea i tak nie odejdzie. Abramowicz nie sprzeda piłkarza, którego w zimę zakupił za 58 mln euro. Musimy pogodzić się z obecnością El Nino na Stamford Bridge. Może on zacznie nareszcie strzelać, tak jak to zrobił w meczu z WHU?

Jak na razie narzekałem tylko na brak skuteczności bądź na słabą formę napastników. Zasłużenie? Pewnie, ale nie można dostrzegać tylko negatywów. Kiedy do klubu przychodził Fernando Torres, wydawało się, że na straconej pozycji jest Daniel Sturridge. Młody Anglik był w klubie dopiero czwartym środkowym napastnikiem, a więc szanse na grę miał iluzoryczne. Wypożyczono więc go do Boltonu, z nadzieją, że tam się zaklimatyzuje i dostanie szanse gry w pierwszym składzie. W byłym klubie Euzebiusza Smolarka wiedzie mu się jak na razie znakomicie. W dziesięciu spotkaniach ustrzelił siedem goli i wskoczył na drugie miejsce wśród strzelców Boltonu. Inna sprawa, że to inaczej grać w klubie walczącym o LE, a inaczej grać o mistrzostwo Anglii i biegać na boiskach europejskich walcząc o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Mimo wszystko to jego bramka dała triumf Boltonu nad Arsenalem, dzięki czemu Kanonierzy wypadli z gry o mistrzostwo Anglii. Sturridge bramkę zadedykował Chelsea. To nie jedyny z młodych atakujących, którzy przebywają na wypożyczeniu w innych klubach, ale ich macierzystą drużyną jest właśnie Chelsea. Można by wymienić chociażby Fabio Boriniego, który gra w Sweanse albo Gaela Kakutę, biegąjącego na boisku Fulham. Pierwszy regularnie strzela gole, a drugi - skrzydłowy - znacząco poprawił swoją grę. To ich chce widzieć na Stamford Bridge, a nie kolejnego środkowego napastnika za grubę pieniądze, jak Romero Lukaku, który jest z ekipą Carletto przez media łączony.

Takiego huncwota jak Balotelli to ludzie na wyspach jeszcze nie widzieli

Wyjątkowo dzisiaj mój felieton czwartkowy nie będzie poświęcony Chelsea, ale jej rywalowi w lidze - Manchesterowi City, a konkretniej jej napastnikowi - Mario Balotellemu.

Kibice w Wielkiej Brytanii zobaczyli i na własnej skórze odczuli wiele. Były zdrady małżeńskie piłkarzy wcześniej idealnych (Terry), zdrady tradycyjnych skandalistów (Rooney), były przekleństwa do kamery, mniej lub bardziej uzasadnione (Drogba, Rooney). Niekiedy zdarzało się widzieć fanom swojej drużyny popijającego piwo w barze w nocy o północy najlepszego zawodnika danego zespołu. Niektórym zdarzało się nawet samochody rozbijać w ciemną noc, co i tak jakiejś sensacji nie wywołało. Mimo to, taki huncwot jak Balotelli jest wyjątkiem. Powiem szczerze, że nie wiem, czy to po prostu jego kretynizm czy trudny charakter, jak dla mnie jest piłkarzem bez przyszłości.

Balotelli łamie wszelkie zasady. Złamał nawet samego Jose Mourinho, który wyraził się, że “przez niego wyląduje kiedyś u psychiatry”. Ba - nie dość, że złamał, nawet chciał go uczyć dobrych manier! Balotelli jest na tyle odważny, że otwarcie pokłócił się z portugalskim szkoleniowcem, za co ten najpierw odsunął go od składu, a w konsekwencji doprowadził do odejścia Włocha z Mediolanu do Manchesteru. Przeszedł za 20 mln funtów, a The Special One odetchnął z ulgą, że z tym huncwotem będzie miał problemy ktoś inny.

Balotelli się zmienił? Kpię sobie chyba z samego siebie. Wytrzymał aż do października, kiedy to wjechał w więzienie dla kobiet Bresci. Czemu? Ano przez pomyłkę, bo drzwi były otwarte. Potem zachowywał się już tylko gorzej. Pobił się z Boatengiemwywołał kolejny konflikt z trenerem - tym razem Manciniego. Oprócz aroganckiego zachowania wobec kibiców, trenerów i wszystkich związanych z futbolem uważał się także za dużo lepszego od kobiet - z jednązerwał przez smsa, niezbyt uprzejmego zresztą. Przy kolejnej w eleganckiej resteuracji skandował nazwisko jej teoretycznego klienta - Wayne Rooneya. Można by tak wymieniać jeszcze wiele jego wybryków, nie znajdziemy wielu takich, w której “Super Mario” by się ukorzył. Jedną z niewielu takich sytuacji było kopnięcie rywala w meczu Ligi Europejskiej z Dynamem Kijów. Wtedy to Balotelli przeprosił i powiedział, że to przez niego Manchester przegrał. Prawda? Pewnie! Super Mario obiecywał poprawę, mówił: “Potrzebuję pomocy, zawsze wszystko psuję. Na grze w kadrze naprawdę mi zależy.” Kara jednak być musiała, więc selekcjoner nie powołał go na marcowe mecze Włochów. Liczył jednak na poprawę gry swojego asa, chociaż czy to z nim czy bez niego, gra Makaronów i tak się nie układała, kiedy goli nie strzelał Del Piero.

Poprawił się? Tak, pewnie… Na boisku ukrywał swój wybuchowy charakter pod maską spokoju oraz tego, że po prostu nie grał za dobrze. Co innego poza murawą. Z nudów rzucał lotkami w piłkarzy z akademii Manchesteru City. Nic sobie z tego nie robił, że lotki, których używał do “zabawy” miały ostre końce. Został ukarany grzywną - bagatela - 100 tys. Euro. Super Mario zaczął przepraszać, nawet mówić, że podoba mu się w Manchesterze - co robił chyba bezwiednie. Przecież jeszcze całkiem niedawno deklarował, że chce wrócić do Włoch, podobnie jak druga gwiazda manchesterowska, Carlos Tevez. Jeszcze trzy miesiące kiedy to Super Mario skompletował hat-tricka, nawet nie próbował udawać, że się cieszy. Na twarzy gościł mu wymuszny uśmiech. Kilka dni temu okazało się, że te jego przeprosiny też spełzy na manewce. Po meczu derbowym z MU w Pucharze Anglii wywołał kolejną aferę. Ziirytował zarówno Rio Ferdinanda jak i Andersona. Czemu? To wie tylko sam Balotelli.

Nie można jednak ciągle oskarżać Super Mario. Balotelli od początku swego żywota ma pecha. Jako dziecko zostawili go Ghańscy rodzice. Przygarnęła go rodzina Włochów, przez którą zmienił nazwisko z Barwuah na Balotelli. Napastnik w Interze kopał piłkę od 2007 do 2010 roku. Podczas gry doświadczył wielu upokorzeń, obrazy lub Bóg wie czego. Balotelli oczywiście prowokował jak tylko prowokować się da. W końcu nie wytrzymał Totti, który kopnął i obraził napastnika City. Super Mario był często ofiarą rasizmu, czy to w klubie, czy w reprezentacji. Wtedy były to chyba jedyne szczere prośby Balotelliego, który błagał o pomoc w zwalczeniu rasizmu. Udało mu się? Nie wiem. Na Wyspach rasizmu w stosunku do Włocha nie ma, a reprezentacji już od meczu z Rumunią nie grał, za swoje wybryki w meczu z Dynamem Kijów. Czekam więc na kolejny wybryk młodego napastnika, bo w poprawę to ja już przestałem wierzyć.

Londyńczycy płaczą wiele razy

Prawdziwy fan drużyny nie wstydzi się łez. W Polsce najczęściej płaczą kibice piłki nożnej, po kolejnym nieudanym meczu. Z kolei na świecie najczęściej wylewają strumienie wody fani Chelsea. Zwykle z powodu wielkiego pecha ich zespołu. Tak samo sami piłkarze, często płakali po kolejnym pechowo przegranym spotkaniu bądź spudłowanym karnym.

Dla Chelsea nigdy nie było sezonu idealnego.  Najlepszym można nazwać ten 2004/2005, kiedy do zespołu przebojowym krokiem wszedł Jose Mourinho. Zdobyliśmy pierwsze od 50 lat mistrzostwo Anglii i dostaliśmy się do półfinału LM. Porażka z Liverpoolem jako porażka odebrana nie była, w końcu to pierwszy sezon nowego szkoleniowca. W następnym sezonie obroniliśmy trofeum w Anglii z aż ośmiopunktową przewagą nad drugim Manchesterem United. W Lidze Mistrzów polegliśmy z Barceloną już w 1/8 finału. Przypomnę, wtedy Barca nie była tak wiodącą firmą jak teraz. Poczuliśmy niedosyt, liczyliśmy na odkucie się w poprzednim sezonie. Zawiedliśmy się. Nie obroniliśmy mistrzostwa, w półfinale znowu natknęliśmy się na The Reds. Odpadliśmy po rzutach karnych. Chelsea miało pecha, nie po raz pierwszy, ale i nie po raz ostatni. Potem było już raczej gorzej. Po sezonie 2006/2007 z zespołu odszedł Mourinho. Podniósł się płacz, jęk i zgrzytanie zębów. Można, tak jak Didier Drogba żałować i podnosić bunt. Tylko że ja mu się nie dziwię. Jose Mourinho uczynił z Afrykanina napastnika na klasę światową. Nie jest to jedyny taki przypadek, pod jego okiem na podpory Chelsea i reprezentacji Anglii wyrośli Frank Lampard i John Terry. Bardzo dobrym piłkarzem stał się też wtedy Joe Cole, o którym już kiedyś pisałem. Płacz jednak podniósł się z obu stron, The Special One również nie był szczęśliwy odchodząc z Londynu, osieracając dzieci.

To, co nie udało się Mourinho szybko udało się Avramowi Grantowi. Szkoleniowiec z Izraela miał być zatrudniony tylko tymczasowo. Jego zespół wygrał jednak z Manchesterem City 6:0, a Grant został do końca sezonu. Doszedł do półfinału i zmierzył się z Liverpoolem. Nie było trzeciej porażki z The Reds w półfinale, londyńczycy pokonali podopiecznych Beniteza 4:3 w dwumeczu. Czemu udało się to Grantowi, a nie Mourinho? Nie wiem. Na pewno Chelsea nie grali wtedy lepiej, mieli łatwiejszą drogę do finału, Barca, Real i Manchester znalazły się po drugiej stronie drabinki. Pokonali jednak Liverpool, co było w LM, jak na Chelsea, dużym sukcesem. Tylko co z tego? The Blues polegli 5:6 w karnych. Znowu 0bjawił się pech, tym razem największy. W osobie Johna Terrego, który z karnego trafił w słupek. Potem jeszcze spudłował Anelka i tytuł pojechał do Manchesteru. Grant został zwolniony po sezonie.

Potem przez kilka miesięcy przez zespół przewalali się tacy szkoleniowcy jak Scolari czy Hiddink. Na dłużej został jednak Carlo Ancelotti, który przywrócił tytuł mistrzowski do Londynu. John Terry mógł po raz trzeci wnieść puchar w ciągu sześciu sezonów. Żeby było jeszcze lepiej zdobyliśmy krajowy puchar. Wcześniej uważane za przestarzałe gwiazdy Chelsea odżyły, a zespół zaczął powoli dochodzić do poziomu, jaki prezentował za czasów Mourinho. No właśnie, Mourinho. Wrócił na Stamford Bridge, ale w Londynie ucieszył wszystkich, którzy fanami Chelsea nie są. Przyjechał tam z Interem Mediolan w Lidze Mistrzów. Było to w 1/8 finału. Czarno-niebiescy wygrali oba mecze, a potem całą Ligę Mistrzów. To był więc kolejny sezon, w którym czegoś nam zabrakło. W dodatku tego trofeum najbardziej cennego, którego nigdy żaden z zawodników w niebieskiej koszulce z logiem Chelsea nie wzniósł. Im jednak dalej, tym było gorzej. Na jesieni prezentowaliśmy genialną formę, prawie jak wiosną, gromiliśmy rywali kilkoma bramkami. Im później, tym ta forma była gorsza. Skończyło się na tym, że w lidze jesteśmy trzeci, praktycznie bez szans na obronę mistrzostwa, a nasza dyspozycja była po części zależna od młodego brazylijskiego obrońcy, Davida Luiza. Do Ligi Mistrzów Luiz nie może być zgłoszony. Nie wiem, może dlatego, ale odpadliśmy z - jakże to by inaczej - Manchesterem United. Więcej o meczu znajdziecie tutaj, ja nie mam siły o nim pisać.

Czy to koniec pewnej ery? Ery weteranów? Wielu twierdziło, że to może być ostatni sezon, kiedy Chelsea może coś osiągnąć. W końcu ani Lampard ani Terry nie młodnieją. Zastępcy dla nich teoretycznie są, ale tak praktycznie to oni nie grają. Kreowany na przyszłego kapitana kadry Josh McEachran grał dotychczas bardzo mało. Chelsea stara się wprowadzać do zespołu takich piłkarzy jak Ramires czy Torres. Tak, specjalnie wymieniłem tych dwóch. Ramires dostał we wtorkowym meczu czerwoną kartkę czym mocno osłabił swój zespół. Z kolei El Nino po raz kolejny zagrał tragicznie. Dużo lepiej spisał się weteran Drogba, którego wszyscy stawiali na pozycji do rozstrzelania w tym sezonie. Tymczasem to on dał drużynie nadzieję na awans, którą co prawda zaraz odebrał Park Ji-Sung. Jak widać w futbolu pieniądze to nie wszystko. 740 mln funtów to za mało, żeby wygrać Ligę Mistrzów. Może po prostu Carletto się do tego nie nadaje? Na pewno Puchar Europu mógł zdobyć Mourinho. Nie twierdzę jednak, że odpowiedni byłby powrót Jose na Stamford Bridge, kapitalnie wyjaśnił to w swoim felietonieVisor. Może najlepiej by było, gdyby trenerem The Blues został właściciel, Roman Abramowicz? ( jest to oczywiście tylko i wyłącznie dowcip dziennikarzy ) Powiem szczerze, ja się cieszę, że Romek po tylu niepowodzeniach nie przestał inwestować w Chelsea. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz zobaczę go klaszczącego z powodu wspaniałej akcji swojego klubu.

Ramires, Torres, Lampard, pechowcy profesjonalni…

Torres nie pomógł. Nikt nie pomógł. Przez 94. minuty piłka ani razu nie wleciała do bramki Van der Sara. Nic. Były słupki, fenomenalne obrony, tragiczne strzały, zmarnowane sytuacje… Ba, w 45. minucie z linii bramkowej piłkę wybił Evra. Jak zwykle. Szczęście na poziomie -1. Jeśli mam być szczery, to Chelsea jest najbardziej pechową drużyną w historii Ligi Mistrzów. Finał zawodnicy z Londynu przegrali w karnych. Pamiętamy, był też półfinał z Barceloną - gol w ostatniej minucie. Tak jak w Moskwie, i tu się mylił arbiter. Farta miał Manchester, co właściwie mnie nie dziwi. W bramce stanął wyleczony jakimś niezwykłym sposobem 40-letni Holender. Niestety, nie zagrał Kuszczak. Czemu niestety? Bo nie wierzę, żeby Polak powyciągał te wszystkie piłki. Van der Sar grał jakby był o połowę młodszy. Trzy lata temu powstrzymał Anelkę w rzutach karnych, teraz nie dał pokonać się teoretycznie nowej, ale równie nieskutecznej Chelsea.

Przy bramce Rooney’a widać było brak Davida Luiza. Nie mówię tutaj o błędzie stoperów, oni nie mogli nic zrobić. Myślę bardziej o beznadziejnym zachowaniu Bosingwy. Nieśmiertelny Ryan Giggs przyjęciem i jednym krokiem - dwoma ruchami - zostawił Portugalczyka na kilka metrów. Rozumiem, Walijczyk to prawdziwa legenda, ale bez przesady - Bosingwa jest o 10 lat młodszy. Giggs nie może wyprzedzać go o kilka metrów dwoma ruchami. Nie wierzę, żeby Bronislaw Ivanovic - wobec nieuprawienia Luiza do gry grał obok Johna Terrego - popełnił taki błąd. W ofensywie Jose spisywał się lepiej, to on podawał Torresowi, kiedy ten zmarnował najlepszą okację, ale to nie wystarczy na odkupienie win. Mam nadzieję, że w rewanżu spisze się lepiej.

Są tacy piłkarze, którzy w klubie są najlepsi, legendarni. Nawet jak nie idzie klubowi, to oni zawsze prezentują się całkiem przyzwoicie. W Chelsea takich piłkarzy jest dwóch: Lampard i Terry. Co do Franka, wczoraj zagrał 500-setny mecz w The Blues. Jubileusz może trochę nie trafiony, ponieważ nie był to mecz Lampsa. Wolałbym, żeby jego pięćsetką został mecz np. z Blackpoolem, gdzie strzelił dwa gole i zaliczył asystę. Na Stamford Bridge znowu miał pecha. To właśnie jego strzał z linii bramkowej wybił Evra. Tak mało zabrakło, żeby Lamps został bohaterem meczu…

Na bramkę Manchesteru nacierali wszyscy. W końcówcę do linii środkowej podszedł nawet Peter Cech. Wyglądało to, jakby to był rewanż, a Chelsea brakowało jednego gola do awansu. Przewaga The Blues jakaś oszałamiająca nie była, ale w drugiej połowie zarysowała się już wyraźnie. Posiadanie piłki zawodnicy Carletto mieli wyższe (57% - 43%), nie na wzór Barcelony, ale to oni częściej podawali ją do siebie. Strzały to wyraźna przewaga Chelsea. Zawodnicy Fergusona strzelali trzy razy: Park z wolnego sprzed pola karnego, Nani z 30 metrów i Rooney, kiedy padł gol. Zawodnicy z Londynu strzelali aż pięć razy więcej, w bramkę Van der Sara trafili siedem razy. Sześć razy groźnie, strzału, czy nawet podania Torresa z pierwszysch minut nie liczę. Piłka - oczywiście, a jakże by inaczej - nie wpadła.

Największego jednak pecha - czy inaczej, największej niekompetencji sędziego - doznaliśmy w końcówcę spotkania. Ramires wbiegł w pole karne, po chwili upadł. Przewrócił go Evra. Stuprocentowa jedenastka? Oczywiście, że nie! Trzech sędziów - liniowy, bramkowy i główny nic nie zauważyło. Prawie jak gol Lamparda na mundialu z Niemcami. Tylko że wtedy nie było tam arbitra bramkowego, a teraz był. I tak nie zauważył. W każdym razie, do pracy sędziów można mieć wiele zastrzeżeń. Nawet sam Ferguson przyznał, że karny powinien być! Z drugiej strony, Chelsea nie pokonała golkipera MU przez 90 minut, a swoje okazję miała. Nie jest to więc wina tylko sędziów…

Czy mamy jeszcze szansę na awans? Nie wiem. Terry i spółka potrafili wygrać z Manchesterem w lidze 2:1, nie tak dawno. Trzeba jednak zauważyć, że wtedy na boisku był Luiz. I to on strzelił gola. Różnica jest też taka, że to było na Stamford Bridge. A na swoim boisku Manchester rządzi i dzieli. W lidze na Old Traford stracił tylko dwa punkty! Na pewno byłoby łatwiej londynczykom, gdyby to oni wychodzili ze stadionu The Blues z zaliczką. Niestety, nie wychodzą i aktualnie większe szanse na awans ma zepół Alexa Fergusona.

Moje szanse na awans po pierwszym meczu: 60% - Manchester United/40% - Chelsea Londyn

Dalej »


Polecamy



Diablo 3

FIFA 13

Wyszukaj w blogu

RSS


maj 2012
P W Ś C P S N
« marca    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031