Wpisy z kategorii *Polska*

Jaka była runda jesienna dla Polonii?

Ekstraklasa skończyła się. Za nami runda jesienna oraz dwa mecze wiosennej rundy. Wobec tego w 2012 roku nasi piłkarze rozegrają 13 kolejek. A jaka była ta runda dla Polonii Warszawa?

Jeśli chodzi o wyniki oraz tabele dobra. Podopieczni Jacka Zielińskiego skończyli ją na wysokiej, trzeciej lokacie. Wygrali również mecz szczególnie ważny dla kibiców Czarnych Koszul derby Warszawy z Legią. Co prawda w tabeli poloniści są niżej od rywala zza miedzi, ale udało im się wyprzedzić takich gigantów naszej ligi jak Lech Poznań czy Wisła Kraków. Jednym z mankamentów prezesa Józefa Wojciechowskiego jest odpadnięcie z Pucharu Polski ze spadkowiczem z naszej Ekstraklasy Arki Gdynia.

Polonia Warszawa grała w tej rundzie różnie. Na początku sezonu liderem oraz ich najlepszym, a zarazem jedynym strzelcem Czarnych Koszul był Bruno Coutinho. Dzięki jego golom Polonia wygrywała kolejne mecze. Aż do jego kontuzji, dla drużyny Zielińskiego bramki zdobywał tylko on  raz co prawda gol padł nie po jego akcji, ale wtedy ostatni piłkę dotknął obrońca ŁKSu i to on został zapisany jako zdobywca trafienia. Po kontuzji Bruno długo Polonii nic się nie układało. Jeśli podopieczni Zielińskiego wygrywali, to przede wszystkim szczęściem, indywidualnymi umiejętnościami. W większości jednak piłkarze ponosili porażki bądź remisowali. Momentem przełomowym był mecz z Podbeskidziem Bielsko Biała, a tak właściwie jego druga połowa. Do zespołu wrócił ten sam co na początku rundy Bruno, rozbłysnął talent Edgara Caniego. Albańczyk ustrzelił hat-tricka z Lechią Gdańsk na PGE Arenie i w końcówce sezonu spisywał się lepiej niż dobrze. Do formy z Górnika Zabrze powoli wraca Robert Jeż. Nie będzie liderem Polonii, moim zdaniem ten tytuł może przypaść tylko Brazylijczykowi Bruno. Ostatnimi czasy największą rolę w drużynie Jacka Zielińskiego odgrywali obcokrajowcy, chociaż Józef Wojciechowski w lecie kupował głównie Polaków, jednak oni nie rozegrali w barwach Polonii dobrej rundy.

Rozczarowali właśnie przede wszystkim nasi rodacy. Wzięci z Górnika Zabrze za spore pieniądze Daniel SikorskiGrzegorz Bonin jedni z najlepiej piłkarzy w Ekstraklasie, poza sparingami oraz pojedynczymi meczami nie pokazali nic, co przekonałoby Zielińskiego do zatrzymania tych piłkarzy w zespole. Wojciechowski zapowiedział już sprzedaż skrzydłowego. Na pewno nie byli oni ściągani do Czarnych Koszul, by nie strzelić żadnego gola w rozgrywkach. Z Sikorskim wiązano największe nadzieje, miał zastąpić Artura SobiechaEbiego Smolarka. Szybko jednak ze składu wygryzł go Łukasz Teodorczyk. To on wyrastał na pierwszego napastnika Polonii, gdy nagle dopadła go kontuzja. W 4 meczach zdobył 2 bramki. Młody napastnik wypadł ze składu aż do wiosny. Przez wielkiego pecha stracił szansę na regularną grę w podstawowej jedenastce. Kiedy wróci, może mieć duży problem z wygraniem rywalizacji z Canim, który na początku sezonu grał mocno przeciętnie. Dopiero im bliżej do świąt Bożego Narodzenia, tym Albańczyk się rozkręcał. Jest najlepszym strzelcem Polonii z 8 trafieniami na koncie. Może nie spełnił wszystkich pokładanych w nim oczekiwań, ale o miejsce w składzie może być na pewno spokojny. Dopóki zdobywa bramki jest pewnym punktem w warszawskim  zespole.


Na początku sezonu rozbłysnął talent Pawła Wszołka. Młody skrzydłowy dawał kapitalne zmiany, w pierwszym meczu Polonii zaliczył asystę. Szybko stał się ulubieńcem publiczności, ma dobry drybling, nie boi się pojedynków 1 na 1. Dysponuje dokładnym dośrodkowaniem i nigdy nie odpuszcza, zawsze walczy do końca. Z czasem wywalczył miejsce w podstawowej jedenastce, ale wtedy szło mu gorzej. Wydaje mi się, że ten młody pomocnik woli wchodzić z ławki. Przeciwko zmęczonym obrońcom może zaprezentować pełnię swoich umiejętności.


Do czasu kontuzji na Konwiktorskiej rządził i dzielił Bruno, lider drużyny.  W czasie jego absencji Polonii praktycznie nic nie wychodziło. Dopiero kiedy Bruno powoli zdrowiał, Czarne Koszule nauczyły się grać bez niego. Jednym z najbardziej uniwersalnych graczy Polonii jest Pavel Sultes. Ten nominalny skrzydłowy może także grać na środku ataku, co udowodnił w kilku spotkaniach. Spisywał się wtedy lepiej od Caniego i Sikorskiego, ale po błysku Albańczyka wrócił na swoją nominalną pozycję  ponownie został skrzydłowym i gra całkiem nieźle. Ostatnio nawet zdobył ładnego gola w meczu z Wisłą Kraków.

Bardzo dobrze zaczął grać nasz środek pola. Tomasz Jodłowiec, po zmianie pozycji na defensywnego pomocnika gra jak profesor. Przejmuje piłki, dobrze podaje, często próbuje strzałów z dystansu, a kopyto ma naprawdę atomowe! Wydaje mi się, że Franciszek Smuda powinien sprawdzić go na innej pozycji niż dotychczas stopera. Reprezentacja może wtedy zyskać bardzo dobrego gracza. Obok Tomka gra kapitan stołecznego zespołu Łukasz Trałka. Na początku sezonu zgodnie przyłączałem się do chóru narzekań  wtedy wydawało się, że były gracz Lechii Gdańsk potrafi grać tylko do tyłu. Teraz sporo się zmieniło, ale i tak wydaje mi się, że ulubionymi zagraniami Łukasza są te do tyłu.

Jeśli chodzi o obronę, to bywało tu różnie. Na pierwszy rzut oka widać, iż transfer Marcina Baszczyńskiego był bardzo dobrym wyborem. Były gracz Wisły szybko wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce i nie zamierza go oddawać. Grał zarówno na boku, jak i na środku defensywy, ale spisywał się dobrze na obu pozycjach. Młodsi gracze mogą się sporo od niego nauczyć. Co prawda Baszczyński nie spodziewa się już powołania do reprezentacji, ale za to jego młodszy partner z obrony, Maciej Sadlok może na nie liczyć. Podczas tej rundy rywalizował przede wszystkim z Adamem Kokoszką, ale udowodnił, że jest od niego lepszy. Osobiście nie pokładałbym w Sadloku wielkich nadziei. Jeśli nie poprawi swojej wydolności i sprawności fizycznej, nie liczyłbym na jego grę na bardzo wysokim poziomie. Pamiętam, jak zawsze w końcówkach meczu dyszał ciężko i łapały go skurcze. Powinien być lepiej przygotowany do gry na pełnych obrotach przez 90 minut.

Po bokach defensywy długo grali obcokrajowcy. Co prawda na początku sezonu na grę na prawej obronę żadnych szans nie miał Aleksandar Todorovski, ale w miarę upływu czasu wyprzedził w klasyfikacji o walkę o podstawową jedenastkę Radka Mynarza, a potem zmusił do przeniesienia się na środek obrony Baszczyńskiego, ale nie skończył tej rundy jako ulubieniec  Zielińskiego. Właściwie to Aleksandar prezentował się bardzo dobrze, grał na wysokim poziomie. Zapamiętałem dobrze jego występ w meczu z Legią, zaprezentował się tam przyzwoicie. Po beznadziejnym meczu całej drużyny w Lubinie z Zagłębiem, przegranym wynikiem 0:1, kozłem ofiarnym został Todorovski. Pożegnał się z miejscem w podstawowej jedenastce. Zajął je Jakub Tosik, spisujący się całkiem przyzwoicie w ostatnich trzech meczach sezonu. Na lewej obronie od czasu spotkania z Legią gra Dorde Cotra, który rośnie nam na prawdziwego polonistę. Wygryzł ze składu Tomasza Brzyskiego i poza niektórymi fatalnymi dośrodkowaniami gra tak, jak oczekuje od niego szkoleniowiec klubu z Konwiktorskiej.

Na bramce pierwsze 9. kolejek bronił Sebastian Przyrowski, natomiast następne 8 Michał Gliwa. Przyroś trzykrotnie zachował czyste konto i 11 razy wyciągał piłkę z siatki. Najgorszym wspomnieniem golkipera w tej rundzie jest zapewne mecz wyjazdowy ze Śląskiem Wrocław, przegrany 4:0, na domiar złego - zmagał się ze stłuczeniem mięśnia czworogłowego. W następnym spotkaniu między słupkami zastąpił go Gliwa. Bramkarz spisał się bardzo dobrze. Niestety w ostatnich minutach meczu sędzia nie zauważył ręki Prejucy Nakoulmy, który po chwili zdobył bramkę i Gliwson był zmuszony wyciągnąć piłkę z siatki. Trener Zieliński stawiał już na niego do końca rundy, a bramkarz tylko 4 razy skapitulował. Gliwa bronił bardzo dobrze, zdarzały się słabsze mecze i babole, ale obraz jego występów jest bardziej korzystny co zaowocowało powołaniem do reprezentacji na mecz z Bośnią i Hercegowiną.

 Warto zanotować, że Polonia, jako jedyna drużyna w Ekstraklasie nie zanotowała porażki na własnym stadionie! Możemy podejrzewać, że to dzięki dopingowi, który co prawda nie jest na najwyższym poziomie, ale w trudnych momentach zawsze pomaga zespołowi.

PS: Wpis nie powstałby, gdyby nie pomoc Dominika S.

Lech, Czech i Rus oraz Grek

Franciszek Smuda oraz całe PZPN to ma jednak szczęście. Tuż po aferze korupcyjnej z Grzegorzem Latą w roli głównej nastąpiło losowanie grup na EURO 2012. Trafiliśmy na najłatwiejszą grupę z możliwych, jak to określił Rafał Stec – grupę nudy. Najsłabsze zespoły z wszystkich koszyków spotkały się razem. Te zespoły to: Polska (1. koszyk), Rosja (2. koszyk), Grecja (3. koszyk) i Czechy (4. koszyk).

Mieliśmy wyjątkowe szczęście, jeśli chodzi o szanse wyjścia Polaków z grupy, ale patrząc na widowisko – to już tak średnio. Spotkania z Grecją czy Czechami na pewno nie będą tak ekscytujące jak mecze z Szwecją, Anglią bądź Danią. Mimo wszystko narzekać nie zamierzam. W meczach z najsilniejszymi przeciwnikami, widowisko by było. Myślę, że mecz oglądało by się świetne. Widowisko? Kapitalne. Szkoda tylko, że jednostronne. Tylko najbardziej zadufany w sobie piłkarz/działacz PZPN mógłby stwierdzić, że nawiążemy równorzędną walkę z Portugalią czy Niemcami. Poza Robertem Lewandowskim, Łukaszem Piszczkiem i Wojtkiem Szczęsnym nasi zawodnicy nie są specjalnie rozpoznawani. Dlatego wszyscy chcieli nas wylosować. Musimy więc zdefiniować cel: chcieliśmy się cieszyć z awansu czy z wspaniałych meczów z Francją bądź inną europejską potęgą? Ja wolę to pierwsze, chociaż nie twierdzę, że wyjście z grupy jest już zapewnione. Jest tylko prawdopodobne. I to bardzo.

Tak jak w starodawnej legendzie spotkali się Lech, Czech i Rus. Tym razem dołączył do nich jeszcze Grek, mający nie mniejsze aspiracje – a także szanse – od pozostałych. Największe szanse – tak jak kiedyś terytorium – ma Rosja. Nie jesteśmy już od niej zależni, jak w czasach komunizmu, ale nie mamy tak silnej drużyny, aby pokonać były Związek Radziecki bez problemu. Tak szczerze, to wydaje mi się że jakoś żaden z rywali nie jest ani specjalnie silny, ani specjalnie słaby.

Na rozpoczęcie Mistrzostw Europy 2012 gramy z Grecją. Nie powinniśmy się przed tym zespołem ukorzyć, nie przypomina on drużyny z 2004 roku i sensacyjnego triumfu na Euro. Ostatnio zagraliśmy z nimi w Pireusie i naprawdę, wolę sobie tego meczu nie przypominać. Najlepiej o nim całkowicie zapomnieć, ale jeśli podobne spotkanie odbędzie się na Stadionie Narodowym, to nie będzie to dobra reklama tych Mistrzostw. Mogliśmy zagrać już nawet z Czechami – oni przynajmniej nie stosują tak bardzo opartej na defensywie taktyce. Jedyna nadzieja w Robercie Lewandowskim, który do Euro powinien wystrzelać się w Borussi Dortmund jeszcze bardziej. Grekom dobrze poszło w eliminacjach, nie przegrali nawet meczu! Wygrali siedem spotkań oraz zremisowali tylko trzy. Ten rywal może być dla nas najtrudniejszy albo może inaczej – najnudniejszy.

Drugi mecz rozegramy z faworytami grupy – Rosją. Akurat w tym spotkaniu, nie zdziwiłbym się z porażki. Jasne, zasmuciłaby mnie ona, ale ze „Sborną” wielkich szans nie mamy. Co dziwne, Rosjanie nie wyskakują z hurra-optymizmem. Roman Szirikow, obrońca Zenitu Sankt-Petersburg porównał tą grupę to ich grupy Ligi Mistrzów, gdzie gra właśnie jego rosyjski zespół. Sensacją tam jest Apoel Nikozja, pogromca Wisły, który zapewnił sobie awans już w 5 kolejce. Z kolei rosyjski zespół będzie musiał drżeć o niego do ostatniej chwili, walcząc o wyjście z grupy z FC Porto. Oby nasze mecze wyglądały tak samo, żeby teoretycznie najsłabsza drużyna – Polska – sprawiła sensację i pokonała większych i bogatszych od siebie.

Ostatni mecz w grupie – oby nie ostatni na Euro – rozegramy z Czechami. To rywal w miarę na naszym poziomie, chociaż nasi sąsiedzi są przekonani o swojej wyższości nad nami. No cóż, zobaczymy w Czerwcu, który zespół będzie lepiej przygotowany do gry. Zastanawia mnie jedno – czy ostatni mecz w grupie będzie meczem o honor czy może o awans? Bardzo bym chciał to drugie, ale czy nam się uda?

Bawi mnie sytuacja Ukrainy – grupa D. Tak praktycznie, to głównie dzięki nim mamy zapewnione Euro 2012, ale jeśli ktoś ma komuś zazdrościć, to oni nam. Mamy łatwą grupę, podczas gdy oni trafili na dwóch odwiecznie ze sobą rywalizujących rywali: Francję i Anglię oraz Szwecję z będącym ostatnio w kapitalnej formie Zlatanem Ibrahimovicem. Ukraińcy jednak nie zamierzają się poddawać, piątkowe losowanie przyjmują z całkowitym spokojem. Z kolei Anglicy mają mały kłopot, ponieważ gra z Trójkolorowymi nigdy im się nie układała, a w dodatku rozegrają wszystkie mecze grupowe na Ukrainie, podczas gdy wybrali na bazę Kraków. Zachwytu nie widać u Szwedów, którzy nie mają strasznie słabej sytuacji, ale do faworytów na pewno nie należą. Do nich należy za to Francją. Nie ma tam jednak oficjalnego stwierdzenia, iż Francja awansuje na pewno, dziennikarze oraz piłkarze wypowiadają się ostrożnie na temat tejże grupy.

To i tak nie jest grupa śmierci. Dwie najgorsze, a zarazem najlepsze grupy będą grały na Ukrainie. Oprócz wyżej wspomnianej grupy D, na ziemi naszych wschodnich sąsiądów zmierzą się giganci europejskiego futbolu z grupy B. Holandia, Dania, Niemcy, Portugalia. Nie trudno zgadnąć, kogo najbardziej zasmuciło losowanie. Tak, to Duńczycy. Jeden z największych dzienników w kraju pisze: „Spekulowaliśmy, rozważaliśmy różne warianty, ale niestety rzeczywistość okazała się wprost koszmarna. Sprawdziła się nasza najgorsza opcja. Uniknęliśmy Hiszpanów, mamy za to trzech rywali, którzy powodują, ze trafiliśmy do prawdziwej grupy strachu.” Nawet trener Danii - Morten Olsen -, nie daje fałszywej nadziei rodakom: W tej grupie jesteśmy najsłabsi. Faworytów w tej grupie nie trzeba dużo szukać, osobiście postawiłbym na Holandię oraz Niemcy – kolejno 2 i 3 drużynę świata. O pechu za to mogą znowu mówić Portugalczycy. Nie poszło im za dobrze w eliminacjach, za to bez problemu przeszli baraże. Trafili jednak, podobnie jak na Mistrzostwach Świata 2010 do grupy śmierci. I podejrzewam, że znowu ich licznik meczów na tak ważnej imprezie zatrzyma się na trzech.

Franciszek Smuda pragnął pocieszyć kibiców reprezentacji Polski, dlatego bezpośrednio po losowaniu udzielił bardzo przejmującej oraz dodającej ducha wypowiedzi: Czasami z tej trudnej grupy jest ciężej wyjść, niż z tej teoretycznie łatwiejszej.

Paweł Wszołek - nadzieja

Paweł Wszołek to aktualnie największa nadzieja Polonii Warszawa. Młody, dziewiętnastoletni pomocnik powoli przebija się do pierwszej jedenastki Czarnych Koszul. Teoretycznie konkurentów miał mieć mocnych, ale Grzegorz Bonin i Pavel Szultes spisują się poniżej oczekiwań. Otwiera się więc szansa dla Wszołka… Tylko kim właściwie jest ten Wszołek?

Pomocnik Polonii Warszawa urodził się w Tczewie. Piłkarsko wychował się w tamtejszej Wiśle. Występował w niej siedem lat, od 2001 roku. W międzyczasie spędził sezon w młodzieżówkach Lechii Gdańsk. Dzięki dobrej grze otrzymywał regularnie powołania do reprezentacji młodzieżowych. Tam wpadł w oko skautom Polonii, którzy zatrudnili młodego pomocnika. W sezonie 2008/2009 występował w ME, rozegrał 19 spotkań i strzelił dwie bramki. Następny sezon okazał się dla niego przełomowy. Zadebiutował w Ekstraklasie 13 listopada 2010 roku w Warszawie, kiedy Polonia grała z Ruchem Chorzów. Zmienił Euzebiusza Smolarka, a Czarne Koszule wygrały całe spotkanie 3:1. Co prawda w poprzednim sezonie nie dostawał dużo szans na grę, ale zakończył go występem w podstawowej jedenastce Polonii – jak na razie jedynym.

W obecnym sezonie pełni dużo ważniejszą rolę w zespole Jacka Zielińskiego. Ma to duży związek z tym, że zespół opuścili skrzydłowi, którzy w poprzednim sezonie - a przynajmniej na wiosnę – byli wyróżniającymi postaciami drużyny, a kopacze, których sprowadzono żeby ich zastąpili – Grzegorz Bonin i Pavel Szultes – jak na razie nie spełniają pokładanych w nich nadziei. W dodatku podczas przygotowań do obecnego sezonu skrzydłowy pozytywnie zaskoczył Jacka Zielińskiego dzięki czemu zbliżył się do pierwszej drużyny. Wobec tego szanse na grę dostaje Paweł Wszołek – regularnie grający w każdym meczu Polonii – żelazny zmiennik. Aktualnie rywalizuje już tylko z Czechem Szultesem – Grzegorz Bonin został odsunięty do Klubu Kokosa, a biegający po drugiej stronie murawy Bruno ma niepodważalną pozycje w składzie. Wszołek miał kapitalne wejście do składu Polonii, w pierwszym meczu zaliczył efektowną asystę, po której gola strzelił Bruno Coutinho. Później było trochę gorzej, ale nadal jest najlepszym zmiennikiem mającej wielkie ambicje Polonii. Kiedy wchodzi na boisko dostaje owacje od kibiców Czarnych Koszul, a kiedy go nie ma – co chwila fani wrzeszczą do Jacka Zielińskiego o wpuszczenie na boisko Wszołka.

Paweł seryjnie gra w reprezentacjach młodzieżowych – aktualnie nie ma szans na powołanie do drużyny Franciszka Smudy, może w przyszłości – w odpowiednim dla siebie przedziale wiekowym. Aktualnie występuje w reprezentacji U-20, niedawno został powołany na mecz z Niemcami.

Paweł Wszołek pod okiem trenera Jacka Zielińskiego świetnie się rozwija. W najbliższym czasie możemy spodziewać się, że młody pomocnik zagra w pierwszym składzie Czarnych Koszul, a w przyszłości… Może reprezentacja Polski?

Na start - Ekstraklasa

Wraca Ekstraklasa. W nowym wydaniu, na dwóch nowych kanałach, z większą liczbą… obcokrajowców. Pozytyw to może nie jest, ale można się go doszukać prawie we wszystkim innym. Nowe, mogące pomieścić sporą liczbę graczy stadiony, większe pensje, zwiększone – w porównaniu do poprzedniego roku – budżety klubów.

Większe pieniądze przyciągają graczy zza granicy – niestety w większości starszych, wypalonych, dla których Polska jest ostatnim przystankiem w karierze. Piłkarze ci zwykle nie zachwycają, często są po prostu solidni, jak Kew Jaliens, który zarówno z AZ Alkmar jak i z reprezentacją Holandii osiągnął co chciał, a teraz z Wisłą Kraków próbuje dostać się do Ligi Mistrzów, której już smaku zaznał, grając w kraju tulipanów.

Ekstraklasa się zmienia. Moim zdaniem – na lepsze. Nareszcie o mistrzostwo nie powinny walczyć trzy kluby (Lech, Legia i Wisła, czyli Wielka Trójka), tylko co najmniej pięć. Oprócz wcześniej wymienionych, do walki o el. LM powinny się także włączyć Polonia Warszawa i Śląsk Wrocław. Oczywiście, wszystko zweryfikuje sezon, ale Czarne Koszule i wicemistrzowie Ekstraklasy mają najlepszych trenerów w Polsce. Zarówno Jacek Zieliński jak i Orest Lenczyk są świetnymi szkoleniowcami, a w połączeniu z dobrymi drużynami i wartościowymi wzmocnieniami mogą pokusić się o wysoką lokatę końcową. Osobiście wyżej jak na razie postawiłbym zespół wrocławian. Śląsk nareszcie ma stadion z prawdziwego zdarzenia, właścicieli, którzy zaczęli się nim interesować. W dodatku podopieczni Lenczyka grają w eliminacjach do LE, ale czy to przekleństwo, czy pomoc dla zawodników nie wiadomo. Lech Poznań, grając w fazie grupowej LE na jesieni słabo spisywał się w lidze, a kiedy na wiosnę wyeliminowała go Braga, stał się trzecią drużyną wiosny. Śląsk ma jednak problem z kontuzjami. Urazy trapią Przemysława Kazimierczaka i Jarosława Fojuta, którzy zdrowi graliby regularnie w Śląsku. W dodatku Polonia – jak zawsze będzie musiała uważać na wybuchowego właściciela, który po kilku przegranych meczach nie zawaha się zwolnić szkoleniowca. Miejmy nadzieję, że Robert Jeż i spółka doprowadzą Czarne Koszule na podium.

Inny kandydat do bycia na podium, Legia, podobnie jak Polonia jest niewiadomą. Od podopiecznych Macieja Skorży zawsze oczekuje się mistrzostwa. W tym sezonie oczekiwania będą wzmocnione. Obecność w klubie Michała Żewłakowa, chęć zrehabilitowania się za poprzedni – mimo wszystko słaby – sezon, udane transfery – to powinno sprawić, iż Legia będzie liczyła się w walce o europejskie puchary. Chociaż niewątpliwie byliby silniejsi, gdyby Macieja Skorżę „wypi******* dyscyplinarnie”. Najmocniejsza na chwilę obecną jest Wisła, ale mimo zapowiedzi Roberta Maskaanta o dwóch równych jedenastkach, Biała Gwiazda, jeśli się zakwalifikuje do LE/LM może mieć problem z graniem na tym samym poziomie także w lidze. Dochodzi także przemęczenie jej największego atutu – Maora Meliksona, jednego z najlepszych obcokrajowców jacy zawitali do Ekstraklasy w całej jej historii. Ciekawi mnie również postawa Lecha, który co prawda w sparingach nie wypadł dobrze, ale w stosunku do poprzedniego sezonu osłabił się tylko stratą Bartosza Bosackiego, kończącego karierę. Z Poznania nie odszedł ani Rudnevs, ani Stilic, ani Kriwiec, czyli wszyscy piłkarze łączeni z opuszczeniem Polski. W dodatku doszedł młody, zdolny, kreatywny Bułgar, Aleksandyr Tonew. Skrzydłowy, jakiego Lechowi brakowało od odejścia Peszki. Teraz Kolejorz nie ma tylko trenera z prawdziwego zdarzenia.

Na czarnego konia rozgrywek upatrzyłem sobie – nie będę oryginalny – Zagłębie Lubin. Miedziowi mają nowych piłkarzy, dobrego trenera, a także spokój działaczy, na który nie może sobie pozwolić każdy klub Ekstraklasy. Zespół Jana Urbana pozbył się tylko dwóch wartościowych piłkarzy z poprzedniego sezonu, – Plizgi i Bartczaka, odeszli do Jagielloni – ale za to wzmocnił się aż sześcioma graczami, z których co najmniej pięciu powinno wybiegać w wyjściowej jedenastce lubinian. Zagłębie ma spory potencjał w ofensywie, szczególnie teraz, gdy do Pawłowskiego i Traore dołączyli Małkowski i Sernas. Gorzej wygląda defensywa. Obrona, z wyjątkiem bramkarza – przynajmniej na papierze – prezentuje się fatalnie. W minionym sezonie podopieczni Urbana stracili aż 38 bramek, więcej goli wbito tylko Koronie, Górnikowi, Cracovii i dwóm spadkowiczom. Jeśli Zagłębie chce naprawdę aspirować do gry w pucharach, musi przede wszystkim poprawić obronę.

O nic – a może inaczej, „teoretycznie o puchary” - będzie walczył Górnik Zabrze, PGE GKS Bełchatów i Cracovia Kraków. To będą ligowe średniaki, które nie powinny walczyć ani o utrzymanie, ani o miejsce w europejskich pucharach. W Bełchatowie, mimo przyjścia Kamila Kosowskiego, na mecze będzie przychodziło za mało ludzi. Nie dziwne, w końcu tutaj piłka nożna jest sportem nr 2. Najważniejszym wydarzeniem sportowym są mecze Skry, w końcu jednej z najlepszych drużyn grających w siatkówkę na świecie. Z kolei Cracovia nie powinna bić się czwarty sezon z rzędu o utrzymanie, nie z tym trenerem, i nie z Niedzielanem. Górnik sprzedał do Polonii swoich dwóch filarowych graczy – Roberta Jeża i Daniela Sikorskiego. Kiedy jednak na jesieni, Słowaka w Zabrzu nie było, a drugi z obecnych polonistów grał mało podopieczni Adama Nawałki skończyli rundę jesienną na 7 miejscu. Myślę że, w tym sezonie Górnik wyląduje na podobnym miejscu.

Niewiadomymi pozostają Jagiellonia Białystok, Lechia Gdańsk, a także Podbeskidzie Bielsko Biała. Jak Jaga podniesie się po kompromitującej porażce z Irtyszem Pawłodar? Widmo przegranej powinno ciążyć na nich ciążyć jeszcze długi czas. Prezes Kulesza pożegnał z Michałem Probierzem, prawdopodobnie najzdolniejszym polskim trenerem. Na jego miejsce zatrudnił „polskiego Mourinho” – Czesława Michniewicza, który min. zabronił piłkarzom… przeklinać. Najważniejsza dla Jagiellonii będzie dyspozycja strzelecka Tomasza Frankowskiego, po sezonie kończącym definitywnie piękną karierę. W Lechii Gdańsk zostało najważniejsze ogniwo, Abdou Razack Traore, wicekról Ekstraklasy. Wzmocnili się min. Fredem Bensonem, w dodatku przenoszą się na piękny, wielki i supernowoczesny stadion – będą grać na PGE Arenie. Ja jednak jakoś nie potrafię uwierzyć w grę w europejskich pucharach Lechii. Zarówno rok temu, jak i dwa szansa była, lecz pod koniec sezonu zawsze wymyka się podopiecznym Tomka Kafarskiego z rąk. Ciekawi mnie również Podbeskidzie. Jak Górale poradzą sobie w Ekstraklasie po raz pierwszy w historii? Chociażby w Pucharze Polski pokazali, że są mocni, kiedy ograli Wisłę i prawie wyeliminowali Lecha. Jak jednak poradzą sobie w sezonie 2011/2012?

Na koniec felietonu wymienię grupę drużyn grających o utrzymanie się w Ekstraklasie. Przede wszystkim są to dwa kluby łódzkie, które bez porządnego stadionu i porządnych pieniędzy będą musiały mocno oszczędzać. Widzewa tak zacisnął pasa, że nie mógł przedłużyć kontraktu z Czesławem Michniewiczem – nie stać go było. Z ŁKSem też sprawa nie wygląda dobrze. Beniaminek musi grać na stadionie w Bełchatowie, ponieważ na grę w Łodzi nie dostałby licencji. Nie najlepiej z sytuacją finansową jest również w Koronie Kielce i Ruchu Chorzów. Oba kluby musiały zaciskać pasa jeszcze bardziej od klubów łódzkich. Wyprzedały większość wartościowych piłkarzy. W klubie śląskim sytuacje ratuje kapitalny trener, który potrafi wykrzesać z Ruchu to, co najlepsze. W Koronie rządzi Leszek Ojrzyński – szkoleniowiec nikomu nie znany. Drużynę może uratować jej niewiarygodna determinacja, chociaż może to okazać się za mało.

Felieton napisany 30.07.2011, aktualny także dzisiaj.

Pociąg dojechał do mety

Zgodnie z zapowiedzią jest felieton o Ekstraklasie, ale z naciskiem na Polonię Warszawa. Znaczy się tylko o Polonii Warszawa.

Tydzień temu do końca trasy dojechał pociąg o nazwie „Ekstraklasa”. Do mety dojechał również wagon o nazwie Polonia Warszawa. Czarne koszule uplasowały się na siódmym miejscu w końcowej tabeli. Ten wagon prowadziła w sezonie piątka ludzi: Jose Maria Bakero, Paweł Janas, Theo Bos, Piotr Stokowiec i Jacek Zieliński.

Zacznijmy więc od trenerów. W tym sezonie, jak już napisałem była ich piątka. Będę szczery – nie pamiętam, żeby kiedykolwiek klub prowadziło tyle szkoleniowców. Zwykle drużynę prowadzi jeden trener, czasami dwóch, ewentualnie trzech, z tym że wtedy jeden pełni rolę szkoleniowca tylko przez chwilę, przejściowo. Polonią Warszawa też dowodził trener przejściowy, Piotr Stokowiec zasiadł na ławce w jednym – przegranym – meczu zZagłębiem Lubin. Potem został zwolniony. Na początku jednak Polonię prowadził Hiszpan Bakero. Dla wszystkich ludzi pracujących na Konwiktorskiej warunek jest ten sam – trzeba zgadzać się z prezesem, który pełni również rolę właściciela klubu z Warszawy. Były graczBarcelony tego warunku nie spełnił. Skłócił się z Józefem Wojciechowskim, przez co ten tylko czekał na okazję by zwolnić Hiszpana. Bakero powodów mu nie dawał. Wygrał trzy pierwsze mecze, w tym derby Warszawy z Legią, - o których napiszę później - potem zremisował z Widzewem Łódź. Przegrał dopiero z świetnie dysponowaną wtedy Koroną Kielce. Właściciel nie wybaczył mu klęski i Bakero pożegnał się z posadą, którą zajął Paweł Janas. Były selekcjoner reprezentacji Polski w 10 meczach zdobył tylko dziesięć punktów, czyli tyle samo ile Bakero w czterech. Polak więc w przerwie zimowej ustąpił miejsca kolejnemu obcokrajowcowi, tym razem Holendrowi, Theo Bosowi.

To była jedna z najgorszych decyzji Józefa Wojciechowskiego od… właściwie to nie od tak dawna, bo zwolnienie Bakero też na dobre wcale nie wyszło. W każdym bądź razie, Bos okazał się bossem tak beznadziejnym, jakich mało. Oprócz doprowadzenia piłkarzy do finałuMarbella Cup nie zrobił nic. Trofeum nie zdobył, w lidze Polonia stoczyła się jeszcze niżej, Czarne Koszule dobrze grały tylko w sparingach. Dwie porażki, jeden remis i gra, jakiej sobie nie można wyobrazić przy zespole ekstraklasowym szybko doprowadziły do zwolnienia Bosa, a przy okazji jego holenderskiego sztabu, który okazał się równie beznadziejny co on. Dyrektor sportowy Jan de Zeeuw kupił kilku piłkarzy i wszyscy okazali się niewypałami! Przecież Đorđe Čotra miał wygrać rywalizację zarówno z Maciejem Sadlokiem jak iTomaszem Brzyskim, ale rzeczywistość szybko się zintegrowała do poziomu tych piłkarzy i Serb grzał ławę!

O Piotrze Stokowcu nic nie napiszę, bo prowadził Polonię za krótko. Zajmę się za to Jackiem Zielińskim. Ojciec sukcesu Lecha w LE pracował już kiedyś w Polonii. Jako jeden z niewielu szkoleniowców, pożegnał się z Wojciechowskim w dobrej atmosferze, dzięki czemu mógł na stanowisko trenerskie wrócić. Zieliński zażądał przywrócenia Ebiego Smolarka, wyrzucenia ze składu pomyłek transferowych Bosa, jak Cotra czy Rekisz i dostał to. Wuefista zmotywował Polonistów tak dobrze, że ci, mimo stracenia bramki już w 2. minucie meczu z Koroną jeszcze w pierwszej połowie wbili rywalom trzy trafienia. Jacek Zieliński doprowadził Polonię do czterech zwycięstw z rzędu, min. z Lechem Poznań. Spotkanie z Kolejorzem widziałem na własne oczy, muszę więc powiedzieć, że Czarne Koszule nie grały imponująco. W strzeleniu gola trochę pomogło im szczęście, a także to, że zespół z Poznania nie umie grać w przewadze. Wracając jednak do tematu Zielińskiego, był to najlepszy szkoleniowiec jaki usiadł na ławce trenerskiej w tym sezonie. Takie jest przynajmniej moje zdanie – były trener Kolejorza zdobył w ciągu 10 meczów 23 punkty, to o 2 więcej, niż wszyscy pozostali szkoleniowcy uzbierali przez pozostałą część sezonu – 20 spotkań…

Z piłkarzami było podobnie jak z trenerami. Kiedy szkoleniowcy dobrze sobie radzili – jak Zieliński czy Bakero – nasi kopacze zdobywali punkty, strzelali gole i walczyli za trzech. Kiedy jednak pojawił się dowódca o futbolu pojęcia nie mający, za którym Poloniści iść nie chcieli wyniki były, jakie były. Mimo to, kilku piłkarzy grało dobrze. Niektórzy w części sezonu, a wybitne wyjątki genialną formę utrzymywały przez cały sezon. Wyjątek był oczywiście jeden, Adrian Mierzejewski. Ciągnął tą Polonię wyżej w górę tabeli, ale na podium im się wskoczyć nie udało. Wyróżniali się na pewno Artur Sobiech, najlepszy strzelec Czarnych Koszul, z dziewięcioma bramkami i siedmioma asystami na koncie. Nie wygrał klasyfikacji kanadyjskiej ogólnie, jednak udało mu się pokonać wszystkich innych napastników w tejże konkurencji. Bardzo dobrą rundę wiosenną miał Łukasz Piątek, podobnie Sebastian Przyrowski, który bronił bardzo pewnie. Rodzi mu się chyba mocna konkurencja, ponieważ Michał Gliwa wziął sobie do serca jesienne wpadki i kiedy dostał szansę wiosną wykorzystał ją w 100%. Nie puścił gola w trzech meczach z rzędu, a w spotkaniu z GKS-em Bełchatów obronił rzut karny. Najrówniej z obrońców grał Tomasz Jodłowiec, choć nie mogę powiedzieć, żeby reszta defensywy prezentowała się dużo gorzej. Sprawdziły się transfery Macieja Sadloka i Adama Kokoszki, stoperzy dobrze wkomponowali się w zespół. Trzeba zauważyć, że dzięki defensorom, Polonia straciła tylko 26 goli, najmniej po Lechu w lidze. Mi osobiście bardzo podobała się gra Bruno. Wiem, że jest boiskowym leniem i przez większą część spotkań przeszedł obok, ale za czasów Zielińskiego grał kapitalnie. Podobnie mu szło, kiedy drużynę prowadził Bakero, wtedy również był wyróżniającą się postacią. Nie za dobrze mu szło, kiedy zespołem dowodzili kolejno: Janas, Bos i Stokowiec.

Trudno jednoznacznie ocenić Euzebiusza Smolarka. Ostatecznie ani nie zawiódł, ani nie zachwycił. Udany początek, później równia pochyła do końca rundy jesiennej, ale w tym roku zaczął momentami przypominać starego, dobrego Ebiego. Co prawda może oczekiwaliśmy trochę więcej po byłym (?) reprezentancie Polski oraz najlepiej zarabiającym zawodniku Ekstraklasy, ale przecież nie będziemy wołać o pomstę do nieba? Smolarek miał zarówno mecze dobre, jak i słabe. Zdarzały mu się przebłyski geniuszu, jak np. w meczu z Ruchem Chorzów – zarówno w pierwszym jak i w drugim, ale potrafił też uderzyć Manuela Arboledę. Fakt, że był sprowokowany, ale jednak rękę uniósł, prawda?

Na koniec krótki akapit o derbach Warszawy, czyli sprawie dla kibica którejkolwiek drużyn ze stolicy najważniejszej. Możemy chyba czuć się królami w derbach. Pokonaliśmy Legię 3:0 po kapitalnym meczu na Konwiktorskiej. Niestety polegliśmy na Łazienkowskiej, ale tylko 0:1, po samobójczym trafieniu Sadloka. Szkoda też, że jesteśmy od Legii w tabeli niżej, i to aż o 4 miejsca.

Podsumowując, najlepszym momentem tego roku było zatrudnienie Zielińskiego. Od tego momentu wszystko zaczęło układać się po naszej myśli. Szkoda tylko, że Wojciechowski nie pomyślał o tym w przerwie zimowej, może bylibyśmy w tabeli dużo wyżej. A tak, siódma pozycja. Nie jest ona zła, jak popatrzymy na poprzedni sezon, ale przecież mieliśmy walczyć o mistrzostwo Polski, a nie środek tabeli…

Jak zmieniała się Polonia Warszawa

Polonia Warszawa to na pewno nie jest zespołem, jaki chciałby widzieć prezes Józef Wojciechowski. W poprzednim sezonie przeżył ogromny zawód, gdy Czarne Koszule ledwo uchroniły się przed spadkiem. Ten sezon miał więc być inny. Wydano ogromne - jak na nasze warunki - pieniądze na transfery, sprowadzono Artura Sobiecha, młodego, obiecującego snajpera z Ruchu Chorzów. Z zespołu niebieskich miał także dołączyć w przerwie zimowejMaciej Sadlok. Wszystko miało być idealne, jednak Wojciechowski był skonfliktowany z trenerem Czarnych Koszul - Jose Maria Bakero. Czekał więc tylko na pretekst by go zwolnić. Hiszpan powodów mu nie dawał. Wygrał trzy pierwsze mecze, w tym derby Warszawy z Legią, potem zremisował z Widzewem Łódź. Przegrał dopiero z świetnie dysponowaną wtedy Koroną Kielce. Józek nie wybaczył mu klęski i Bakero pożegnał się z posadą, którą zajął Paweł Janas. Były selekcjoner w 10 meczach zdobył tylko dziesięć punktów, czyli tyle samo ile Bakero w czterech. Polak więc ustąpił miejsca kolejnemu obcokrajowcowi, tym razem Holendrowi, Theo Bosowi. Ten jednak oprócz doprowadzenia piłkarzy do finału Marbella Cup nie zrobił nic. Trofeum nie zdobył, w lidze Polonia stoczyła się jeszcze niżej, Czarne Koszule dobrze grały tylko w sparingach. Dwie porażki, jeden remis i gra, jakiej sobie nie można wyobrazić przy zespole Ekstraklasowym szybko doprowadziły do zwolnienia Bosa. Jego miejsce na krótko zajał Piotr Stokowiec. Wreszcie na Konwiktorską powrócił jeden z najlepszych trenerów w Polsce - Jacek Zieliński.

Ojciec sukcesu Lecha w LE pracował już kiedyś w Polonii. Jako jeden z niewielu szkoleniowców, pożegnał się z Wojciechowskim w dobrej atmosferze, dzięki czemu mógł na stanowisko trenerskie wrócić. Zieliński zarządał przywrócenia Ebiego Smolarka, wyrzucenia ze składu pomyłek transferowych Bosa, jak Cotra czy Rekisz i dostał to. Wuefista zmotywował Polonistów tak dobrze, że ci, mimo stracenia bramki już w 2. minucie meczu z Koroną jeszcze w pierwszej połowie wbili rywalom trzy trafienia. Jacek Zieliński doprowadził Polonię do czterech zwycięstw z rzędu, min. z Lechem Poznań. Spotkanie z Kolejorzem widziałem na własne oczy, muszę więc powiedzieć, że Czarne Koszule nie grały imponująco. W strzeleniu gola trochę pomógł im wiatr, a także to, że zespół Bakero nie umie grać w przewadze. Jeśli chodzi o uderzenie Arboledy przez Smolarka, to była gruba przesada. Maniek płakał, symulował, udawał faule już od początku meczu, tak że na trybunach przy jego dotknięciu piłki słychać było gwizdy. Smolarek został sprowokowany, ma przecież wybuchowy charakter. Ja się nie dziwię, że Arboleda dostał w twarz, choć sądzę, że kara dla reprezentanta Polski była jak najbardziej słuszna.

Większość kibiców zauważa przede wszystkim siłę trzech zawodników w formacji Czarnych Koszul: Artura Sobiecha, odrodzonego Ebi Smolarka i przede wszystkim Adriana Mierzejewskiego. Dziwić się raczej nie trzeba, skoro Artur Sobiech nie tylko najwięcej strzela (9), ale i najwięcej asystuje (7). Często jednak dopadają go kontuzję, jak chociażby w sobotnim meczu z Lechią Gdańsk. Z kolei Ebi Smolarek to jedna z największych gwiazd polskiej piłki, za Jacka Zielińskiego przeniesiony na lewą pomoc. Zarabia najwięcej w Ekstraklasie, to i oczekuje się od niego najwięcej. Adrian Mierzejewski to prawdziwy lider Polonii, piłkarz teoretycznie “nie na sprzedaż”, chociaż nie wierzę, żeby Wojciechowskiego nie skusiła jakaś lukratywna oferta z zachodu, szczególnie kiedy Mierzej wyrośnie grubo ponad poziom reszty polonistów. Drugi strzelec Czarnych Koszul, ma siedem bramek, ale tylko jedną asystę. U Jacka Zielińskiego dostaje dużo swobody, ale najczęściej gra na prawym skrzydle.

Mimo to, jak dla mnie najważniejszym trybikiem w maszynie Polonii Warszawa jest… Bruno Coutinho Maritns, znany raczej jako Bruno. Nie będę wam tu opisywał jego kariery, bo do tego jest wikipedia. Zachęcam za to do przeczytania kapitalnego artykułu Marka Wawrzynowskiego o tymże piłkarzy. Bruno bardzo mocno przyczynił się do serii czterech zwycięstw z rzędu, w spotkaniu z Arką Gdynia dostał w głupi sposób żółtą kartkę, już czwartą, przez co nie zagrał w następnym spotkaniu ze Śląskiem WrocławOrest Lenczyk poustawiał wtedy obronę tak, że Poloniści nie mogli jej przejść, brakowało właśnie takiego gracza jak Bruno. Jacek Zieliński po meczu powiedział o brazyliskim pomocniku: “Jest zawodnikiem, który w takim meczu jak ten ze Śląskiem, gdy rywal gra zmasowaną obroną, bardzo by się przydał. To piłkarz, który potrafi sam przesądzić o losach meczu, zagrać niekonwencjonalną piłkę.” Bruno gra jako ofensywny pomocnik, ale haruje na całej linii pomocy. Do tej pory zaliczył trzy asysty i strzelił pięć goli. Nie są to może imponujące statystyki, ale były gracz Jagiellonii jest teraz w Polonii tak samo ważną postacią jak Adrian Mierzejewski. Kiedy go nie ma - drużynie nie idzie (Śląsk). Kiedy zachowuje się w głupi sposób, ukazując swój leniwy, a zarazem porywczy charakter - drużynie nie idzie (Cracovia Kraków). Czasami jednak nie jest leniwy tylko on, ale i cała drużyna (Lechia). A co wtedy można zrobić? Chyba tylko się załamać…

Na koniec ponownie pochwalę Jacka Zielińskiego. Nie będę może zbyt oryginalny, bo wuefista na komplementy zasługuje. Wystarczy spojrzeć na statystyki. Zieliński zdobył szesnaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe w ośmiu spotkaniach. Jeśli do końca sezonu wyciuka ich jeszcze sześć, zdobędzie więcej niż pozostali trenerzy Polonii w tym sezonie razem wzięci. W dodatku zdobył trofeum, co prawda żadne tam prestiżowe, ale jednak coś w gablocie na ten sezon stanie. W dodatku jest realistą - nareszcie! Nienawidzę podejścia trenerów typu Michała Probierza, który po piątej kolejce zapowiedział, że jego piłkarze walczą o mistrzostwo Polski. Do zdobycia było - bagatela - 75 punktów - a co, my walczymy o mistrzostwo Polski! Poglądy Zielińskiego podziela Wojciechowski. Razem twierdzą, że trzeba budować drużynę na następny sezon, a nie niepotrzbenie - niczym wszystkie drużyny w Polsce oprócz Lecha - obijać się o europejskie puchary. Brawo za podejście. Nie zmartwiłbym się, gdyby Polonia zajęła miejsce na podium, ale trener Polonii z jej właścicielem otworzyli mi oczy. A tak nawiasem - ilu prezesów klubu w Esktraklasie odważyłoby się tak powiedzieć?

Pechowcy, szczęściarze i co dalej z naszą piłką?

Załamałem się poziomem meczu o finał pucharu polski, szczególnie poziomem wygranym. Postanowiłem więc opisać jakimi pechowcami są Lechici, jak zanikał zespół, który tak zaistniał w europejskich pucharach. Postaram się też wspomnieć o Legii, szczęściarzach i o tym, co to z nami będzie w następnym sezonie w Europie…

Po sezonie 2010/2011 dla futbolu polskiego wręcz legendarnym, kiedy to w Lidze Europejskiej hulali sobie piłkarze odrodzonego Lecha, który - dzięki Jackowi Zielińskiemu - nie dość, że zdobył mistrzostwo to jeszcze dostał się do fazy grupowej LE. Wprawdzie niepoprawni optymiści wciąż liczyli na sukces na miarę Widzewa Łódź czy Legii Warszawa, które to ponad 15 lat temu dostały się do elity europejskiej piłki, a Legioniści doczłapali się nawet do ćwierćfinału tychże rozgrywek. Przecież do Ligi Europejskiej Lech już wszedł dwa sezony temu, za kadencji aktualnego szkoleniowca reprezentacji Polski - Franciszka Smudy. Ba, nie dość że awansował, to jeszcze skutecznie przebił się przez fazę grupową, poległ dopiero w 1/16 z Udinese. Jacek Zieliński osiągnął więcej. Zamienił Puchar Polski Smudy na mistrzostwo Polski, w Europie osiągnął więcej. Dzięki właśnie tej drużynie Europa usłyszała o Polsce. Udało się to “wuefiście” tylko po sensacyjnym zwycięstwie nad Manchesterem City 3:1 czy wreszcie awansu z prawdziwej grupy śmierci, z Juventusem, Citiziens i mistrzem Austrii - Salzburgiem - na pokładzie. Zieliński wczepił w tą drużynę ducha walki, zaangażowania i wiary. Wiary w to, że można wygrywać i z firmami z najwyższej półki. O tym, że można także przegrywać np. z Zagłębiem Lubin, też nie zapomniał. Nie oglądało się ich tak przyjemnie, jak Lech Franciszka Smudy, który to był ostatnią ładnie grającą drużyną w Polscę. Byli jednak lepsi. Zieliński wprowadził na boiska ekstraklasowe zwykle piłkarzy grających wcześniej już u Smudy, jak Lewandowski czy Stilic. To on jednak uczynił z nich prawdziwych mistrzów jak na nasze warunki - Lewandowski tak zaimponował Borussi Dortmund, że klub, który został mistrzem Bundesligi 2010/2011 nie zawahał się wyłożyć 4,5 mln euro za transfer. Jak na nasze realia pieniądze gigantyczne. Lech zarobił nie tylko na sprzedaży Lewego, doszły gigantyczne wpływy z biletów - na każdy z trzech meczów w fazie grupowej przychodziły tłumy, zawsze był pełny stadion. Kibice tworzyli wspaniałą oprawę, to właśnie ponad 40 tys. doping poprowadził Kolejorza do pierwszego meczu na nowym stadionie - z Salzburgiem, wygranego 2:0. Lech pod wodzą Zielińskiego osiągnął więc wiele, w lidze jednak nie zachwycał. Zbliżył się nawet do strefy spadkowej, więc po dwóch efektownych wygranych z klubami z Krakowa wuefista musiał opuścić Bułgarską. Decyzja była ustalona wcześniej, ale zwolnienie na dzień przed jednym z najważniejszych meczów w karierze trenerskiej musi Zielińskiego boleć. I na pewno boli.


Po odejściu Zielińskiego Lecha opuściło szczęście. Pewnie, awansował do 1/16 finału, pokonał Manchester City, ale z tej Ligi Europejskiej szybko odpadł, a awans i tak przypisywałbym bardziej wuefiście niż jego następcy - Bakero. Po podpisaniu nowego kontraktu z Manuelem Arboledą atmosfera w szatni popsuła się bardzo wyraźnie. Do Kolonii odszedł Sławomir Peszko, którego okrzyknięto - niesłusznie zresztą - najemnikiem i zawodnikiem, który dla pieniędzy zrobi wszystko. Opadły Lechowi skrzydła, w systemie zarówno Bakero jak i Zielińskiego najważniejsze. Odpadł więc z Ligi Europejskiej, po przegranej z aktualnym finalistą - Sportingiem Braga. Zabrakło niewiele, bardzo niewiele. Przegrali po golu ze spalonego oraz fatalnym błędzie Kotorowskiego. Przecież gdyby Lechici mieli trochę więcej szczęścia w ostatniej minucie meczu Wilk trafiłby w okienko, a nie w poprzeczkę. Awansowałby Lech, a głosy o słabej taktyce Bakero ucichłyby. Na miejscu był jednak pech, nie przeszli. Kolejorz, niczym wolna lokomotywa toczył się, toczył i w końcu dojechał do początku maja. Teoretycznie miejsca za bardzo nie odrobili, jednak strata punktowa do 3 pozycji wynosi już tylko 2 punkty. Trzeba jednak uwzględnić, że o tą trzecią lokatę będzie biło się - bagatela - 10 zespołów. I to wcale nie jest tak, że tym trzecim musi być Lech. Widzę dużo poważniejszych kandydatów jak Polonia Warszawa z Zielińskim czy Śląsk Wrocław z Lenczykiem. Gorsze drużyny, lecz lepsi trenerzy.

Wracając do Lecha, to ten sezon miał być uratowany przez zdobycie Pucharu Polski. Wystarczyło pokonał słabiutką, beznadziejną wręcz ostatnio Legię, o której będzie później. Warszawiacy jechali do Bydgoszczy w lepszym nastroju. Mecz jednak na początku układał się po myśli Kolejorza, pierwsza połowa to popis umiejętności Rafała Murawskiego. W drugiej połowie wszystko się posypało, farciarski strzał Manu, dobra, wręcz bardzo dobra gra Legii. Tu jednak też obecny był pech. Nie mówię tutaj o sytuacji Mikołajczaka, bo to po żaden pech, tylko po prostu mało umiejętności, to samo sytuacja Hubnika - jak można z kilku metrów nie trafić w bramkę? Nie, chodzi mi tutaj o kapitalny strzał Kiełba. Wydawał się tak podobny do sytuacji Wilka w meczu z Bragą… Znowu zatrzęsła się poprzeczka, co poskutkowało w efekcie stratą Pucharu Polski, na rzecz drużyny, nie owijając w bawełnę, gorszej.

No właśnie, gorszej. Legia to drużyna szczęściarzy jakich mało, po prostu zlepiona drużyna bez ładu i składu. W dodatku z właściciel, który znajduje się po przeciwnym biegunie co do reakcji niż Józef Wojciechowski. Jak dla mnie, gorszym. Maciek Skorża dostał jeden z najlepszych stadionów w Polsce, miliony na transfery, zgodę z kibicami - co na Legii jest rzeczą bynajmniej ważną -, a nie potrafił zbudować drużyny na miarę mistrzostwa, które na Łazienkowskiej jest rzeczą pożądaną niemiłosiernie. Skorża jednak wraz z drugim „geniuszem” Jóźwiakiem przeprowadzał wręcz genialne transfery, na Łazienkowskiej rządził i dzielił, a właściciel wtrącać się nie zamierzał – no bo co, przecież wszystko było idealnie. Mimo fatalnej gry, która wołała o pomstę do nieba i zwolnienie Skorży zarazem, Legia doczłapała się jakoś po rundzie wiosennej na 3 lokatę w tabeli, całkiem zresztą przyzwoitą. Rundę wiosenną warszawiacy rozpoczęli mało przekonującym remisem z Cracovią, która to już po tym spotkaniu otrzymała status „rycerzy wiosny”. Od legionistów jednak wymagano trochę więcej. Przyszło więc zwycięstwo z Polonią Warszawa w derbach stolicy, po golu – a jakże! – przy którym pomogło szczęście, Sadlok nie zdążył wybić piłki, która odbiła się od jego piersi i wpadła do siatki. Powiało optymizmem, tak jak jednak szybko powiało, tak szybko przestało. W kolejnych siedmiu meczach Legia zdobyła – słownie – jeden punkt, a mimo to i tak była w czołówce tabeli. Doczłapała się jednak do finału pucharu polski i to zrobiła to całkiem efektywnie – 5:0 w dwumeczu półfinałowym z Lechią Gdańsk. Skorża wychwalał, że to jego zespół efektywnie jak Real Madryt, że pięknie jak Barcelona, że oni zawsze byli lepsi od rywala, tylko to on zdobywał gole… Po katastrofalnym meczu z Widzewem, gdzie jedyną składną akcję przeprowadził reprezentant Argentyny (!), zwykle rezerwowy Legii, Alejandro Cabral, Maciek Skorża zaznaczył, że jego drużyna zagrała mądrze jak Galacticos. Mariusz Walter, mimo powolnego wstawania Legii z kolan podobno zaczął reagować, chyba o kilka miesięcy za późno. Szuka nowego szkoleniowca, mówi się min. o Hubie Stevensie, bo Skorża miałby opuścić Łazienkowską latem.

Co?

Mój dzisiejszy artykuł sprowadza się dzisiaj do jednego. Do fatalnego poziomu polskiej piłki. Jeśli Legia Warszawa, drużyna, która na wiosnę zdobyła jedenaście punktów jest na trzecim miejscu w tabeli to coś jest nie tak. Jeśli ta sama Legia zdobywa puchar polski to jest jeszcze gorzej. O pucharze polski można jeszcze coś dopowiedzieć, bo przecież w półfinale i to o krok od awansu do finału (gdyby nie trio Stilic – Rundevs – Krawiec) było Podbeskidzie Bielsko Białą, czyli drużyna, która co prawda wicelideruje I lidze, ale ostatnio poległa z outsiderem tejże ligi – Dolcanem Ząbki, który szansę na utrzymanie ma już bardzo małe. W Ekstraklasie każdy potrafi wygrywać z każdym, przegrywać zresztą też, co udowodnił ostatnio chociażby Górnik, czy balansująca to na górze tabeli to na dole Polonia Warszawa. Aktualnie najlepszą drużyną w Polsce jest Wisła, ale jak to napisał kapitalnie Tomasz Gosz, nie zasługuje na LM. Nikt nie zasługuje. Z kolei podium Ekstraklasy jest do jak najszybszego zmienienia, Jagę i Legię jedzie kto chce – chociaż ostatnio warszawiacy próbują się bronić przed falą zespołów, które bardzo chętnie z nimi wygrają. Osobiście na podium widziałbym teraz Lecha i Śląska, który jednak ostatnio trochę mnie zaskakuje swoją słabą postawą.


Wywiad z Dariuszem Dudkiewiczem, rzecznikiem prasowym Dolcanu Ząbki.

Pan Dudkiewicz udzielił mi wywiadu przez internet, nie spotkałem się z nim. Wywiad znajdziecie tylko i wyłącznie na (na drugim blogu również jest odnośnik):

Konkretniej tutaj :).

Młodość, rzecz dla Polski nieosiągalna?

Zawsze wchodząc na fora internetowe bądź na serwisy sportowe zadziwiałem się, czemu wszyscy tak narzekają na ten polski system szkolnictwa młodych piłkarzy? Przecież co jakiś czas dostawaliśmy takie diamenty jak Błaszczykowski, Lewandowski czy Peszko, a nasze reprezentacje młodzieżowe prezentowały się lepiej niż te seniorskie. Nawet w Warszawie, gdzie od pewnego czasu nie ma dobrej i poukładanej drużyny - jest tylko piękny stadion - Legia znalazła taki brylancik jak Borysiuk. Nie błyszczał może on tak jasno jak wspomniany wcześniej Lewy w Lechu, czy Kuba w Wiśle. Mimo wszystko grał. Grał jak widać na tyle dobrze, że zainteresowali się nim Włosi - konkretnie Udinese, prawdziwa rewelacja Serii A. Zdenerwowało mnie trochę to, że w meczu z Ruchem nie grał w ogóle, a w oficjalnej zapowiedzi meczu, podanej przez oficjalną stronę Legii o jego kontuzji bądź ewentualnej kłótni z trenerem nie ma mowy. No to chwila, czemu on nie gra? Jest za słaby? To samo tydzień temu, został zmieniony w przerwie przez Alejandro Cabrala. Troszkę mnie to zdenerwowało, bo byłem pewien, że Borysiuka będę mógł dodać do mojego tortu młodych, zdolnych, kreatywnych jako wisienkę. Postanowiłem więc poszperać w sieci na ten temat nieco dokładnej. Ale się zawiodłem…  Nie chodzi mi tutaj o Borysiuka, bo znalazłem informację o jego drobnym urazie, lecz o poziom wieku Ekstraklasy. Pisząc ten felieton jestem pewny dwóch rzeczy. Mianowicie, Wisła zostanie mistrzem Polski, a BVB zwycięzcą Bundesligi.

Dalszą cześć felietonu można przeczytać na:

Czy na Bułgarskiej jest bezpiecznie?

Wczorajszego dnia, w Poznaniu na stadionie przy ulice Bułgarskiej mistrz Polski - Lech - podejmował lidera I ligi - Podbeskidzie Bielsko - Biała. Faworytem oczywiście byli Lechici, których dopingowała grupa ok. 14 000 kibiców, gościom pomagała 14 krotnie mniejsze zbiorowisko fanów. Mimo wszystko i tak padł remis 1:1. Gole strzelali Ślusarski dla Lecha (asystował Wilk) i Cieśliński dla Podbeskidzia (asystował Malinowski). Ślążakom znowu pomogło szczęście, tak jak w ćwierćfinałowym spotkaniu z Wisłą. Znowu strzelili gola w końcówce meczu, choć i tutaj grali odrobinę lepiej od gospodarzy. Nie mieli jednak stuprocentowych sytuacji, a takie Lech miał. Na pewno nie było tak, jak mówił Jasina, Podbeskidzie nie dominowało na boisku…

Mówiąc szczerze, zastanawiam się nad bezpieczeństem na Bułgarskiej. O chuligaństwie kiboli w Polsce pisał Rafał Stec, a na początku meczu widzieliśmy pokaz możliwości kiboli - bo tak nazywają siebie ludzie przychodzące na mecze Lecha. Z trybuny ustawionej za bramką Kotorowskiego posypały się białe serpentyny, mające oznaczać… no właśnie, co? Czy jakąś solidarność ze “Staruchem”, pokazanie, że kibice Kolejorza też mają wpływ na drużynę? Nie wiem. W każdym razie, kibicę Lecha mocno popsuli sobie moją opinię o nich. Z tego co pamiętałem, oni byli zawsze. Nigdy nie widziałem Kolejorza w LE bez dopingu, nawet po straconej bramce, czy przegranym meczu, trybuny z fanami klubu starały się śpiewać zawsze. Kibice prawie idealni!

No właśnie, prawie. Od wspomnianego wcześniej red. Steca dowiedziałem się, że “Litar” opluł rodzinę z dziećmi i wygonił ich ze stadionu. Czemu? Bo byli ubrani w barwy reprezentacji, a na jego stadionie mogą być tylko prawdziwi kibice - czyli odpowiedni dresik, przeklinanie i oczywiście “j**** PZPN”. Jeśli wyrzucił rodzinę na meczu z WKS, na którym przecież Lech nie grał, piłkę kopała tylko reprezentacja Polski, to boję się, co może zrobić mi, kiedy przyjdę na mecz Kolejorza. Mam tę szczęście znaleźć się w Poznaniu 7. i 8. Maja. Wiadomo, nie będę ubrany w barwy Lecha, bo co prawda kiedyś w Poznaniu mieszkałem, ale to było dawno, a szaliki i strój - wtedy jeszcze Reissa - już zgubiłem. Na sektor gości też nie pójdę, bo kim jak kim, ale kibicem Górnika raczej nie jestem…

Najpewniej jestem przewrażliwiony. Najpewniej będę mógł normalnie wejść na stadion i po prostu być (prawie) bezstronnym widzem. Żałuje tylko tego, że kiedyś na takie rozważania nawet nie było miejsca. Po prostu szło się i oglądało mecz, od czasu do czasu coś tam krzycząc w kierunku piłkarzy. Pamiętam, około 2000. roku mogłem spokojnie wejść na stadion, czy to z szalikiem, czy to bez szalika - oczywiście z biletem. Pamiętam mecz z Legią, to było dawno. Poznaniacy wygrali 2:0, jedną bramkę strzelił Reiss. Z tego co pamiętam, Kolejorz do przerwy przegrywał. Kibice ich nie wygwizdali. Jak wychodzili z szatni witały ich brawa. A co dopiero było po meczu - prawdziwa wrzawa. A co się dzieje teraz? Jeśli ukochana Legia kibiców, Legia, która już od pewnego czasu gra fatalnie, przegrywa to jej obrońca zostaje uderzony przez kogoś, kto nie powinien mieć wstępu na stadion. Jeszcze kilka lat temu, coś takiego było nie do pomyślenia. Z przykrością stwierdzam, że dzisiaj wiele stacji po prostu zdmuchnęło ten temat pod szafę. I co? I koniec. Nie wiem, może jestem przewrażliwiony. Jeśli ktoś mieszka w Poznaniu, czy mógłby mi odpwowiedzieć na jedno pytanie. Czy na Bułgarskiej jest bezpiecznie?

Oceń także tu: http://kwestor.blox.pl/html

Dalej »


Polecamy



Diablo 3

FIFA 13

Wyszukaj w blogu

RSS


maj 2012
P W Ś C P S N
« marca    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031