Losowanie eliminacji LM i LE

Dzisiaj o godzinie 12.00 w szwajcarskim Nyonie rozpoczęło się losowanie par eliminacji do Ligi Mistrzów, a godzinę później do eliminacji LE. Tak wygląda pełny zestaw par II rundy eliminacji do LM:

(Czy i tym razem nie będzie nam dane zaznać smaku Ligi Mistrzów?)

Slovan Bratysława (Słowacja) - Toboł Kostanaj (Kazachstan)

Sturm Graz (Austria) - Videoton Szekesfehervar (Węgry)

FC Zestafoni (Gruzja) - Dacia Kiszyniów (Mołdawia)

Dinamo Zagrzeb (Chorwacja) - Neftczi Baku (Azerbejdżan)

Pjunik Erywań (Armenia) - Viktoria Pilzno (Czechy)

Partizan Belgrad (Serbia) - KF Skendija 79 (Macedonia)

SP Tre Fiori (San Marino) / Valletta FC (Malta) - Ekranas Poniewież (Litwa)

Malmoe FF (Szwecja) - HB Torshavn (Wyspy Owcze)

Shamrock Rovers (Irlandia) - Flora Tallinn (Estonia)

Rosenborg Trondheim (Norwegia) - Breidablik Koparogur (Islandia)

HJK Helsinki (Finlandia) - Bangor City (Walia)

Linfield Belfast (Irlandia Północna) - BATE Borysów (Białoruś)

Skonto Ryga (Łotwa) - Wisła Kraków (Polska)

Maccabi Hajfa (Izrael) - Borac Banja Luka (Bośnia i Hercegowina)

FK Mogren Budva (Czarnogóra) - Liteks Łowecz (Bułgaria)

NK Maribor (Słowenia) - FC Santa Coloma (Andora) / F91 Dudelange (Luksemburg)

KS Skenderbeu Korcza (Albania) - Apoel Nikozja (Cypr)

Wisła Kraków:

Gorzej chyba trafić nie mogli. Z potencjalnych rywali Wiślaków - Bangor City FC (Walia), Linfield FC (Irlandia Północna), HB Tórshavn (Wyspy Owcze) oraz Breidablik (Islandia), Flora Tallin (Estonia) i właśnie Łotyszowie - to Skonto Ryga prezentuje się najmocniej. Jest najbardziej utytułowanym łotewskim klubem, na koncie ma 15 mistrzostw kraju, jednak bez sukcesów na arenie europejskiej. To oczywiście nie powód, by mieć podstawy do obaw o Białą Gwiazdę. Wisła - przynajmniej na razie - zatrzymała swoje gwiazdy, na czele z Genkowem, Małeckim i Meliksonem, a do klubu przyszli nowi zawodnicy. W dodatku Skonto Ryga jest mistrzem Łotwy, ale nie najlepszym zespołem tego kraju - aktualnie w tabeli zajmują czwarte miejsce. Zespół Maaskanta powinien przejść przeciwnika, chociaż może mieć z tym problem. Sam szkoleniowiec jest ostrożny: Teraz trudno mówić o szansach. Nie widziałem ich meczów. Muszę zobaczyć ich grę, a na razie szanse oceniam na 50 do 50. Wiślacy już raz grali ze Skonto w eliminacjach do Ligi Mistrzów. W 2001 roku w dwumeczu okazali się lepsi, pokonując rywali 1:0 i 2:1. Spotkania II rundy eliminacji LM odbędą się 12 i 13 oraz 19 i 20 lipca. Pierwszy mecz Wisła zagra na wyjeździe, rewanż odbędzie się w Krakowie.

(Czy znowu przeżyjemy euforię po występach naszych w LE, jak rok temu?)

Eliminacje LE (tylko polskie pary):

I runda:

Jagiellonia Białystok (Polska) - Irtysz Pawłodar (Kazachstan) 

II runda:

Śląsk Wrocław (Polska) - Dundee United (Szkocja)

Jagiellonia Białystok (Polska)/Irtysz Pawłodar (Kazachstan) - Banants (Armenia)/Rustavi Metallurgist (Gruzja)

Jagiellonia Białystok:

Jaga ma teoretycznie najłatwiejsze zadanie. Mistrz jesieni 2010 w Ekstraklasie powinien przejść zarówno pierwszego jak i drugiego rywala i nawet się nie zmęczyć. Irtysz Pawłodar w 2010 roku zakończył rozgrywki na trzecim miejscu (system wiosna - jesień), a mistrzem kraju zostawał czterokrotnie w całej swojej historii. Również następni rywale nie budzą respektu. Zespół Probierza będzie grał z klubami z Armenii bądź Gruzji. Nie powinien mieć żadnych problemów z przejściem także tego rywali. W dodatku jeśli chodzi o Jagę mamy miłe wspomnienia z poprzedniego sezonu - w elimancjach zaprezentowała się najlepiej z naszych zespołów (Lech Poznań zaczął błyszczeć dopiero w fazie grupowej LE), a przegrała z Arisem Saloniki, a więc mamy nadzieję nie na powtórzenie wyniku - ale na zajście jeszcze dalej, najlepiej oczywiście do finału.

Śląsk Wrocław:

Wrocławianie mieli pecha. Po raz pierwszy od 30 lat zakwalifowali się do eliminacji LE i trafili na tego samego rywala, który ich wtedy wyeliminował. Z Dundee United doznali upokarzającej klęski - 2:7 na wyjeździe i 0:0 u siebie. Trenerem był wtedy… Orest Lenczyk, który po pracy w siedemnastu innych klubach (!) wrócił na stare śmieci. Szkoci są zdecydowanymi faworytami w tym pojedynku, ale mam nadzieję, że Sebastian Mila i spółka nie złożą broni od razu. W końcu będą mogli zagrać swoim ulubionym sposobem - przyczajeni, w obronie, czekający na kontry.

* Skomentuj ten wpis

Pociąg dojechał do mety

Zgodnie z zapowiedzią jest felieton o Ekstraklasie, ale z naciskiem na Polonię Warszawa. Znaczy się tylko o Polonii Warszawa.

Tydzień temu do końca trasy dojechał pociąg o nazwie „Ekstraklasa”. Do mety dojechał również wagon o nazwie Polonia Warszawa. Czarne koszule uplasowały się na siódmym miejscu w końcowej tabeli. Ten wagon prowadziła w sezonie piątka ludzi: Jose Maria Bakero, Paweł Janas, Theo Bos, Piotr Stokowiec i Jacek Zieliński.

Zacznijmy więc od trenerów. W tym sezonie, jak już napisałem była ich piątka. Będę szczery – nie pamiętam, żeby kiedykolwiek klub prowadziło tyle szkoleniowców. Zwykle drużynę prowadzi jeden trener, czasami dwóch, ewentualnie trzech, z tym że wtedy jeden pełni rolę szkoleniowca tylko przez chwilę, przejściowo. Polonią Warszawa też dowodził trener przejściowy, Piotr Stokowiec zasiadł na ławce w jednym – przegranym – meczu zZagłębiem Lubin. Potem został zwolniony. Na początku jednak Polonię prowadził Hiszpan Bakero. Dla wszystkich ludzi pracujących na Konwiktorskiej warunek jest ten sam – trzeba zgadzać się z prezesem, który pełni również rolę właściciela klubu z Warszawy. Były graczBarcelony tego warunku nie spełnił. Skłócił się z Józefem Wojciechowskim, przez co ten tylko czekał na okazję by zwolnić Hiszpana. Bakero powodów mu nie dawał. Wygrał trzy pierwsze mecze, w tym derby Warszawy z Legią, - o których napiszę później - potem zremisował z Widzewem Łódź. Przegrał dopiero z świetnie dysponowaną wtedy Koroną Kielce. Właściciel nie wybaczył mu klęski i Bakero pożegnał się z posadą, którą zajął Paweł Janas. Były selekcjoner reprezentacji Polski w 10 meczach zdobył tylko dziesięć punktów, czyli tyle samo ile Bakero w czterech. Polak więc w przerwie zimowej ustąpił miejsca kolejnemu obcokrajowcowi, tym razem Holendrowi, Theo Bosowi.

To była jedna z najgorszych decyzji Józefa Wojciechowskiego od… właściwie to nie od tak dawna, bo zwolnienie Bakero też na dobre wcale nie wyszło. W każdym bądź razie, Bos okazał się bossem tak beznadziejnym, jakich mało. Oprócz doprowadzenia piłkarzy do finałuMarbella Cup nie zrobił nic. Trofeum nie zdobył, w lidze Polonia stoczyła się jeszcze niżej, Czarne Koszule dobrze grały tylko w sparingach. Dwie porażki, jeden remis i gra, jakiej sobie nie można wyobrazić przy zespole ekstraklasowym szybko doprowadziły do zwolnienia Bosa, a przy okazji jego holenderskiego sztabu, który okazał się równie beznadziejny co on. Dyrektor sportowy Jan de Zeeuw kupił kilku piłkarzy i wszyscy okazali się niewypałami! Przecież Đorđe Čotra miał wygrać rywalizację zarówno z Maciejem Sadlokiem jak iTomaszem Brzyskim, ale rzeczywistość szybko się zintegrowała do poziomu tych piłkarzy i Serb grzał ławę!

O Piotrze Stokowcu nic nie napiszę, bo prowadził Polonię za krótko. Zajmę się za to Jackiem Zielińskim. Ojciec sukcesu Lecha w LE pracował już kiedyś w Polonii. Jako jeden z niewielu szkoleniowców, pożegnał się z Wojciechowskim w dobrej atmosferze, dzięki czemu mógł na stanowisko trenerskie wrócić. Zieliński zażądał przywrócenia Ebiego Smolarka, wyrzucenia ze składu pomyłek transferowych Bosa, jak Cotra czy Rekisz i dostał to. Wuefista zmotywował Polonistów tak dobrze, że ci, mimo stracenia bramki już w 2. minucie meczu z Koroną jeszcze w pierwszej połowie wbili rywalom trzy trafienia. Jacek Zieliński doprowadził Polonię do czterech zwycięstw z rzędu, min. z Lechem Poznań. Spotkanie z Kolejorzem widziałem na własne oczy, muszę więc powiedzieć, że Czarne Koszule nie grały imponująco. W strzeleniu gola trochę pomogło im szczęście, a także to, że zespół z Poznania nie umie grać w przewadze. Wracając jednak do tematu Zielińskiego, był to najlepszy szkoleniowiec jaki usiadł na ławce trenerskiej w tym sezonie. Takie jest przynajmniej moje zdanie – były trener Kolejorza zdobył w ciągu 10 meczów 23 punkty, to o 2 więcej, niż wszyscy pozostali szkoleniowcy uzbierali przez pozostałą część sezonu – 20 spotkań…

Z piłkarzami było podobnie jak z trenerami. Kiedy szkoleniowcy dobrze sobie radzili – jak Zieliński czy Bakero – nasi kopacze zdobywali punkty, strzelali gole i walczyli za trzech. Kiedy jednak pojawił się dowódca o futbolu pojęcia nie mający, za którym Poloniści iść nie chcieli wyniki były, jakie były. Mimo to, kilku piłkarzy grało dobrze. Niektórzy w części sezonu, a wybitne wyjątki genialną formę utrzymywały przez cały sezon. Wyjątek był oczywiście jeden, Adrian Mierzejewski. Ciągnął tą Polonię wyżej w górę tabeli, ale na podium im się wskoczyć nie udało. Wyróżniali się na pewno Artur Sobiech, najlepszy strzelec Czarnych Koszul, z dziewięcioma bramkami i siedmioma asystami na koncie. Nie wygrał klasyfikacji kanadyjskiej ogólnie, jednak udało mu się pokonać wszystkich innych napastników w tejże konkurencji. Bardzo dobrą rundę wiosenną miał Łukasz Piątek, podobnie Sebastian Przyrowski, który bronił bardzo pewnie. Rodzi mu się chyba mocna konkurencja, ponieważ Michał Gliwa wziął sobie do serca jesienne wpadki i kiedy dostał szansę wiosną wykorzystał ją w 100%. Nie puścił gola w trzech meczach z rzędu, a w spotkaniu z GKS-em Bełchatów obronił rzut karny. Najrówniej z obrońców grał Tomasz Jodłowiec, choć nie mogę powiedzieć, żeby reszta defensywy prezentowała się dużo gorzej. Sprawdziły się transfery Macieja Sadloka i Adama Kokoszki, stoperzy dobrze wkomponowali się w zespół. Trzeba zauważyć, że dzięki defensorom, Polonia straciła tylko 26 goli, najmniej po Lechu w lidze. Mi osobiście bardzo podobała się gra Bruno. Wiem, że jest boiskowym leniem i przez większą część spotkań przeszedł obok, ale za czasów Zielińskiego grał kapitalnie. Podobnie mu szło, kiedy drużynę prowadził Bakero, wtedy również był wyróżniającą się postacią. Nie za dobrze mu szło, kiedy zespołem dowodzili kolejno: Janas, Bos i Stokowiec.

Trudno jednoznacznie ocenić Euzebiusza Smolarka. Ostatecznie ani nie zawiódł, ani nie zachwycił. Udany początek, później równia pochyła do końca rundy jesiennej, ale w tym roku zaczął momentami przypominać starego, dobrego Ebiego. Co prawda może oczekiwaliśmy trochę więcej po byłym (?) reprezentancie Polski oraz najlepiej zarabiającym zawodniku Ekstraklasy, ale przecież nie będziemy wołać o pomstę do nieba? Smolarek miał zarówno mecze dobre, jak i słabe. Zdarzały mu się przebłyski geniuszu, jak np. w meczu z Ruchem Chorzów – zarówno w pierwszym jak i w drugim, ale potrafił też uderzyć Manuela Arboledę. Fakt, że był sprowokowany, ale jednak rękę uniósł, prawda?

Na koniec krótki akapit o derbach Warszawy, czyli sprawie dla kibica którejkolwiek drużyn ze stolicy najważniejszej. Możemy chyba czuć się królami w derbach. Pokonaliśmy Legię 3:0 po kapitalnym meczu na Konwiktorskiej. Niestety polegliśmy na Łazienkowskiej, ale tylko 0:1, po samobójczym trafieniu Sadloka. Szkoda też, że jesteśmy od Legii w tabeli niżej, i to aż o 4 miejsca.

Podsumowując, najlepszym momentem tego roku było zatrudnienie Zielińskiego. Od tego momentu wszystko zaczęło układać się po naszej myśli. Szkoda tylko, że Wojciechowski nie pomyślał o tym w przerwie zimowej, może bylibyśmy w tabeli dużo wyżej. A tak, siódma pozycja. Nie jest ona zła, jak popatrzymy na poprzedni sezon, ale przecież mieliśmy walczyć o mistrzostwo Polski, a nie środek tabeli…

* Skomentuj ten wpis

Wake Me Up When July Ends

Blog w ostatnim czasie mocno przycichł (konkretniej już od początku maja), więc lekko zmienionym tytułem piosenki - znowu Green Day’a - na jakiś czas zamykam swoją działalność na bloxie, republicefutbolu, pubsporcie i tego typu stronach. Nie na stałe, bo jak sam tytuł wskazuje wrócę z końcem lipca. Nie znikam całkowicie, na pewno wrzucę coś trochę po 20 czerwca, kiedy to będzie losowanie eliminacji do Ligi Europejskiej i Ligi Mistrzów. Jak mi się będzie chciało, wrzucę jeszcze felieton podsumowujący Ekstraklasę i na pewno dodam coś po wybraniu nowego trenera Chelsea. W każdym razie, będzie to rzadko. Znikam więc na dwa miesiące.

W każdym razie: Keep The Blue Flag Flying High.

* Skomentuj ten wpis

Niegościnny Roland Garros

Roland Garros stał się dla Polaków trochę niegościnny. Odpadły obie nasze nadzieje na kortach w Paryżu - Łukasz Kubot i Agnieszka Radwańska. Tesista przegrał w III rundzie z Alejandro Fallą. Żal przegranej, bo w części drabinki Polaka nie było ani jednego tenisity rozstawionego! Kubot pokonał Nicolasa Almagro (ATP 11), Lukáš Rosol z kwitkiem odprawił Jürgena Melzera (ATP 8), a Florian Mayer (ATP 20) uległ Alejandro Falli. Tenisita rozstawiony czekał dopiero w ćwierćfinale, tam zwycięzca drabinki Kubota zmierzy się najprawdopodobniej z Andy Murrayem. Kibice oczekiwali trochę więcej, bo skoro nadarzyła się szansa, to czemu by jej nie wykorzystać, ale sam Łukasz mówi: “Uważam, że to był super turniej! Przeszedłem przez eliminacje, które są jak osobny turniej, a poziom w nich nie odbiega od tego, co można zobaczyć w turnieju głównym!” Cieszmy się więc razem z nim.

Niegościnny Roland Garros stał się także dla Isi. W meczu z Marią Szarapową polska tenisistka zrobiła Radwańską. Co to znaczy? Na pomoc idzie serwis zczuba.pl, wyjaśniając frazę: “W dużym skrócie - zacząć świetnie, mieć rywalkę na widelcu, potem zacząć popełniać coraz więcej błędów, potem obrazić się na rakietę, potem na kort, potem na cały świat, w końcu na instytucję gry w tenisa jako taką i przegrać mecz, który spokojnie można było wygrać.” I właśnie tak wyglądał mecz Isi z Rosjanką. W pierwszym secie Polka prowadziła 3:0, przełamała już Szarapową. Potem było jeszcze 4:1 oraz pierwszy, a zarazem jedyny as w tym meczu. Radwańska zachowała się beznadziejnie. Przegrała 3 gemy z rzędu, w następnym co prawda wygrała, ale ostatecznie Rosjanka doprowadziła do remisu 6:6, następnie wygrywając w tie-breaku.

Następny set to pokaz bardzo słabej odporności psychicznej Polki. Krakowianka weszła w set beznadziejnie, przegrała dwa pierwsze gemy zdobywając zaledwie jeden punkt. Od tego momentu mogła podobać się gra Radwańskiej, poza jednym elementem - serwisem, ale o nim później. Forhendy i backhandy prosto na linię, niekiedy dobre skróty. Z drugiej strony, Isia nie wygrałaby tylu punktów, gdyby nie sama Szarapowa. Popełniała niewymuszone błędy, myliła się dwukrotnie przy serwisach, trafiała w siatkę. Rosjanka prowadziła grę, krakowianka głównie się broniła i liczyła na błędy rywalki. Maria miała pewne problemy z trafianiem tam gdzie trzeba, więc Radwańska zaczęła regularnie ciułać punkciki, aż doszło do prowadzenia 5-3. Polka miała dwie piłki setowe. Obie zmarnowała, ale to akurat można jej wybaczyć, atomowo serwowała Szarapowa, obie piłki wygrała serwisem - asem oraz wyrzuceniem returnu Radwańskiej za kort. Następnego gema jednak sensownie wytłumaczyć nie mogę. Krakowianka miała trzy piłki setowe, prowadziła 40-0. Wszystkie zmarnowała. Jej rywalka zwietrzyła szansę, zdobyła w sumie cztery gemy z rzędu i odprawiła Polkę z kwitkiem.

Szanse były. Radwańska dotychczas kapitalnie spisywała się w Roland Garros. Szkoda tylko, że Maria również. Docenili to organizatorzy francuskiego turnieju, znacząc spotkanie Polki z Rosjanką jako “Match of the day” (Spotkanie dnia). Będąc dobrej myśli, wziąłem do ręki poniedziałkowy numer Przeglądu Sportowego i przeczytałem artykuł Batosza Gębicza - “Na drodze Isi stanie Kingsajz“. Zaskoczyły mnie porównania tenisitek, w serwisie miała mocniejsza być Isia. Bzdura! Wczoraj to właśnie przez serwis Radwańska poległa. Jej pierwsze podania były za lekkie, powolne, a o drugich to może lepiej nie wspomnę. Maria to skrzętnie wykorzystała, przy każdym złym serwisie returnowała kapitalnie. Krakowianka mogła się wtedy już tylko bronić. Scharapova średnio serwowała z prędkością 170 km/h. Ja osobiście zapamiętałem bajęczną wręcz prędkość serwisu Isi - 108 km/h. I jak tu z takim podaniem coś wygrywać?!

Przegrana Agnieszki wywołała w jej rodzinie małą kłótnie. Piekielnie ziirytował się Robert, jej ojciec i trener. Po meczu powiedział: “Mogła to wygrać 6:1, 6:3 jeśliby ktoś optymistycznie to policzył. Gdyby się nawet potknęła i przy 40:0 zagrała świnię i wygrałaby drugiego seta. Uważam, że Iśka źle gra pod presją i jest z tym coraz gorzej. Cóż potrzeby jest psychiatra, psycholog, oddział zamknięty i nie mówię o grupie rockowej. Agnieszka umie grać w tenisa, ale nie potrafi tego sprzedać. Nie mam dla niej dobrego słowa, żeby tak zapieprzyć mecz. Agnieszka grała przy setbolach zachowawczo, pasywnie, licząc na to, że tamta zepsuje. A nie chciała zepsuć. Ja mogę nauczyć ją forhendu, bekhendu, serwisu, ale ja jej głowy nie zmienię. Poddaję się.” Agnieszka z kolei narzeka, że nigdy nie dogodzi swojemu ojcu. Polka nie gra źle. Na kortach w Paryżu złapała wiatr w żagle, dobrze returnuje, ładnie zagrywa z forhandu, przestały też ją boleć plecy - tak mi się przynajmniej wydaje, przestała na nie pomstować. Ma jednak wciąż trochę za słabe uderzenie. Przede wszystkim jednak musi poprawić swoją psychikę oraz serwis, bo z takim daleko nie zajdzie. A przecież chcielibyśmy zobaczyć Radwańską na szczycię, prawda?

* Skomentuj ten wpis

Do you know the enemy?

Sypiąc tytułem z jednej z najlepszych piosenek mojego ulubionego zespołu rozpoczynam - jak zresztą dzisiaj już prawie każdy - gdybanie o wielki finał Ligi Mistrzów. Kto go zdobędzie, kto jest faworytem i czym tym razem zaskoczy nas Barcelona? Aktorstwem, czy wyjątkowo się powstrzyma przed udawaniem?

Nie ukrywam, faworytem jest Barcelona. Nie ukrywam także, że mamy finał dla futbolu najlepszy - spotkali się słaby i najlepszy trener świata. Nigdy nie uwierzę w to, że Guardiola jest dobrym trenerem. Powiedzmy szczerze - co on w tej Barcelonie zrobił? To po prostu drużyna, na której tworzenie nie miał on żadnego wpływu. Twórcą dzisiejszej Blaugrany jest nie kto inny jak Johan Cruyff. To on stworzył Dream Team. Gurdiola przejął Dumę Katalonii po Holendrze i to jemu przypisuje się sukcesy Barcy. Mam pytanie. Czemu? Czy dlatego, że w swojej drużynie najlepszego piłkarza świata, który na swojej ulubionej pozycji z jakimkolwiek trenerem u boku może zrobić wszystko? Czy dlatego, że Barcelona ma Xaviego, Iniestę, wybitnych kreatorów futbolu, których Guardiola również nie wytworzył? Czy dlatego, że sprowadził niepotrzebnie za gigantyczne pieniądze Zlatana Ibrahimovica? A może jeszcze, ponieważ Barcelona gra ciągle tą samą taktytą, wymieniając tryliardy podań, co przy dobrze skonstruowanej defensywie jest nieprzydatne? Szacunek Guardioli się należy, uwielbienie już nie. Śmiem twierdzić, że z takim zespołem to by i Jose Maria Bakero odnosił sukcesy…

Barca może to wygrać bez problemu. Musi tylko przestać symulować, choć nie wiem, czy gracze Blaugrany się powstrzymają. Przede wszystkim jeden, prawdziwy mistrz udawania - Busquets. Co trzeba z nim zrobić, żeby Barcelona pokazała wreszcie przeciwko klasowej drużynie mistrzowską grę? Przecież nawet powstała “gra” - znajdź Sergio Busquetsa. Nic dziwnego, przy takim udwaniu… W meczach z Realem Madryt było całkiem podobnie.

Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule mojego artykułu - największym wrogiem Barcelony jest ona sama. Oczywiście można też uznać jako największego wroga pewnego portugalskiego trenera… Jeśli Duma Katalonii skupi się na grze, a jej gwiazdy postarają się grać na swoim najwyższym poziomie, to piłkarze Guardioli nie powinni mieć problemu z wygraną. Trzeba wspomnieć, że na angielskiej ziemi Messi nie strzelił jeszcze nigdy gola. A jak nie Lionel, to kto ma strzelać gole? Villa, będący od lutego w słabej formie? Pedro, który podobnie jak Hiszpan ostatnio nie strzela? A może Blaugranę uratuje - znowu - Andres Iniesta, wbijając gole w końcówce, niczym w finale MŚ w RPA, czy półfinale LM z Chelsea?

Skupiłem się na Barcelonie, teraz czas na Manchester United. Czerwone Diabły są naprawdę galaktyczne - to już trzeci finał Ligi Mistrzów w ciągu ostatnich czterech lat! W dodatku drugi z Barceloną. Wtedy to jednak zespół Fergusona nazywano faworytami. Mimo wszystko MU poległ, po bramkach Eto’o i Messiego. Teraz Barcelona jest lepsza, dużo lepsza. Ma też oczywiście po swojej stronie sędziów… No, ale nie o tym mowa. Ferguson musi zdetronizować Xaviego oraz Messiego, najlepszych grajków w zepsole Barcy. Jak to zrobić? Ano wystarczyzapytać się swojego przyjaciela, Jose Mourinho. On na pewno pomoże, w końcu jemu to się udało - przez 45 minut w finale Pucharu Króla, ale jednak Dumę Katalonii zdetronizował całkowicie. Fergie ma pewnie jednak własny sposób na pokonanie Barcelony. Oby wyszedł mu lepiej niż dwa lata temu. Teraz istotna będzie też chęć zemsty na drużynie Guardioli, w końcu jeśli Manchester wygrałby dwa sezony temu byłby pierwszą drużyną w historii LM, która podnosiła puchar dwukrotnie bez przerwy.

Czerwone Diabły to drużyna klasowa. Grają tak, jak powinna robić to Barcelona - nie udają! Nie dominują na boisku przez 90 minut, lecz są równie skuteczni na boisku jak podopieczni Pepa. Na Wembley wybiegną indywidualności nie gorsze niż po drugiej stronie - w końcu czy Giggs gra gorzej od Xaviego, Rooney od Villi, a Van der Sar od Valdesa? Głupie pytanie, Holender to jeden z najlepszych bramkarzy świata, podczas gdy Hiszpan trzyma się tuż za elitą. Manchester po ewentualnej nieudanej pierwszej połowie na pewno zostanie lepiej zmotywowany - Ferguson im nie odpuści.

Względem Manchesteru również odpowiem na pytanie tytułowe. Wrogiem Czerwonych Diabłów jest właśnie Barcelona. W lidze MU został czasami zatrzymywany przez Chelsea, za to w Lidze Mistrzów ulegał - chociażby w finale dwa lata temu - właśnie Blaugranie. Teraz mają okazję do zemsty…

* Skomentuj ten wpis

Ja tego sezonu za tragiczny nie uważam!

Po przegranym meczu z Manchesterem United, który zadecydował o zdobyciu tytułu przez drużynę sir Alexa Fergusona, słychać głosy, że ten sezon jest porażką. Patrząc na statystyki, w porównaniu do poprzedniego sezonu to prawda. Nie zdobędziemy mistrzostwa Anglii, nie wbijemy rywalom rekordowych stu dwóch goli, nie pokonamy wszystkich zespołów z pierwszej czwórki dwukrotnie. Wprawdzie zaszliśmy w Lidze Mistrzów o jedną rundę dalej, ale jeszcze kilka sezonów temu graliśmy regularnie w półfinałach.

Ja w każdym razie tego sezonu ani za tragiczny ani za przegrany nie uważam. Jeśli mam uznać coś za beznadziejne to przede wszystkim transfery. Pożegnaliśmy się w lecie z wieloma trzydziestolatkami, jak Deco (34 l.), Ricardo Carvalho (32 l.) czy Micheal Ballack (34 l.). Teoretycznie wydawało się to dobre, odmłodziliśmy skład, bo to zespołu przyszli gracze młodsi: Yossi Benayoun (30 l.) oraz Ramires (23 l.). Praktycznie wyszło, że straciliśmy piłkarzy dla naszego zespołu kluczowych, którzy w innych zespołach odnaleźli się wcale nie gorzej – ba, Ricardo Carvalho skutecznie kierował defensywą Realu Madryt, będąc filarerem w obronie Mourinho. Trochę gorzej spisywał się Ballack, który wrócił do stare śmieci, doBayeru Leverkusen. Podobnie jak portugalski stoper zdobył wicemistrzostwo w swojej lidze, z tą różnicą, że Niemiec rozegrał w swojej drużynę trochę mniejszą rolę. Tymczasem Yossi Benayoun przez większą część sezonu był kontuzjowany, drużynie za bardzo nie pomógł. Co innego Ramires, on akurat okazał się piłkarzem naprawdę wartym 24 milionów, które na niego wydał Abramowicz.

Początek sezonu mieliśmy świetny, później już było tylko gorzej. Stoczyliśmy się z pierwszego miejsca w tabeli, w oczy zajrzało nam widmo wypadnięcia spoza podium – nawet spoza czwórki! Na szczęście w 1/8 finału trafiliśmy na stosunkowo łatwego rywala – FC Kopenhagę. Abramowicz, podobnie jak wielu kibiców The Blues nie cieszyło się zbytnio z postawy drużyny. Wprowadzanie młodych do składu nie wyszło, trzeba było zrobić to, co Roman umie najlepiej: kupować, i to za wielkie pieniądze. Sprowadzono Davida Luiza orazFernando Torresa, odpowiednio za 25 i 58 mln euro. El Nino zaaklimatyzował się beznadziejnie, na szczęście na drugim biegunie znalazł się brazylijski stoper.



Romek forsę dał, oczekiwał suksesów. Udało nam przejść do ćwierćfinału, ale i tak dzięki chwilowemu błyskowi Nicolasa Anelki przeciwko – nie oszukujmy się – słabej Kopenhadze. Patrząc na późniejszą formę Francuza, było to jego ostatnie prawdziwe dobre spotkanie, zarazem ostatni strzelony gol dla Chelsea. W lidze z kolei po raz ostatni pokonał bramkarza drużyny przeciwnej 1 lutego b.r. Wtedy Torres teoretycznie był już w Chelsea, ale jego debiut nastąpił pięć dni później. Anelka przestraszył się konkurencji, – bo dotychczas miejsce w składzie miał prawie pewne - postanowił więc coś postrzelać. Wbił trzy gole w lutym i spoczął na laurach. Drogba zabrał mu jego miejsce w składzie i obrażony Francuz zasiadł na ławce nic nie strzelając aż do dzisiejszego dnia. Reprezentant WKS strzelał rzadziej, ale przynajmniej gole zdobywał. Tymczasem Fernando Torres zaliczył „imponującą” serie 13 meczów bez strzelonej bramki, przełamał się dopiero w niedawnym meczu z West Hamem – i ponownie ucichł. Na koncie ma więc jedną bramkę, a do końca sezonu jeszcze 1 mecz. Torres strzeli gola? Mhm, pewnie.

Nawet patrząc na tragiczną postawę naszych napastników i kilkadziesiąt milionów – jak na razie – wyrzuconych w błoto i tak uważam, że ten sezon beznadziejny nie był. Popatrzmy: Do odrobienia straty 15 punktowej do lidera, zadania praktycznie niewykonalnego zabrakło niewiele, bardzo niewiele. To pokazuje charakter zespołu. Co prawda tego charakteru zabrakło w okresie zimowym, ale jak to mówi pewne bardzo mądre przysłowie: „lepiej późno niż wcale”. Sezon kończymy bez trofeum, ale faktyczna porażka to jak dla mnie porażka zEvertonem w FA Cup. Nicolas Anelka nie wykorzystał wtedy karnego – przypomina się powtórka z finału Ligi Mistrzów w 2008 roku, chociaż w tamten mecz był dla Chelsea ważniejszy. Polegliśmy jednak z średniakiem z Liverpoolu, mimo że zanosiło się na wyjście z kryzysu.

Powtórzę ponownie – nie ma się czego wstydzić! Popatrzmy na Ligę Mistrzów, polegliśmy w ćwierćfinale z Manchesterem United, który przecież doszedł do finału! Zerknijmy na Premier League – znowu porażka z intergalaktycznymi Czerwonymi Diabłami. Porażka bynajmniej nie wstydliwa, bo jak tu walczyć z Ryanem Giggsem, nieśmiertelnym bojownikiem, objawieniem ligi angielskiej Hernandezem, czy najlepszym trenerem w historii piłki klubowej –Fergusonem? W poprzednim sezonie nam się to udało, moim zdaniem dzięki kapitalnej postawie Franka Lamparda i Didiera Drogby. Pewnie, były spotkania gdzie nie prezentowali nic szczególnego, grali bezproduktywnie, ale zdarzały się i takie pojedynki, które wygrywali sami.

Ferguson i Manchester dwóch sezonów z rzędu przegrywać nie zamierzali. Czerwone Diabły nie chciały powtórzyć „niechlubnej” passy z lat 2004-2006, kiedy to nie zdobyli żadnego mistrzostwa. Czemu „niechlubnej”? Bo od powstania Premier League od 1992 roku właśnie oprócz tych trzech lat nigdy nie zdarzyło się, żeby Manchester nie wznosił pucharu dwa sezony z rzędu. Trener MU, jako władca absolutny w swoim klubie dokonał transferów, a właściwie inaczej – transferu. Do klubu przyszedł 22-letni Meksykanin, Javier Herandez. Konia z rzędem temu, kto się spodziewał na jaką gwiazdę wyrośnie młody napastnik. Nie został królem strzelców, nie ma nawet najwięcej goli w zespole Manchesteru, ale trzeba coś zauważyć – to on wybiega na boisko w pierwszym składzie, a nie Dimitar Berbatov, najpewniej król strzelców Premier League, z 21 bramkami na końcie. Hernandez ma ich 20, ale wiele kluczowych, min. bramka z Chelsea w 36. sekundzie meczu. Oprócz Javiera za przyczynę naszej porażki obwiniam Ryana Giggsa i Wayne Rooneya. Chyba nie muszę wyjaśniać za co?

Podsumowując, ten sezon był całkiem dobry. Za pozytywy wziąłbym wreszcie Josha McEachrana w pierwszym składzie, nawet jeśli mecz z Newcastle United był prawie jak o pietruszkę. Nasi piłkarze nabrali doświadczenia, mówię o tych młodszych. Jeśli mam coś powiedzieć o starszych, zacytuję wypowiedź Ancelottiego sprzed roku: „Moi piłkarze nie są o kolejny rok starsi, ale o kolejny rok lepsi.” Z kolei negatywy to przede wszyskim transfery. Liczę na porpawę przede wszystkim w tym elemencie. Z moich własnych pragnień, to zobaczyć Hazarda na Stamford Bridge, chociaż czemu by nie wymyślić kogoś jeszcze lepszego, jak Mario Goetze?

* Skomentuj ten wpis

Jak zmieniała się Polonia Warszawa

Polonia Warszawa to na pewno nie jest zespołem, jaki chciałby widzieć prezes Józef Wojciechowski. W poprzednim sezonie przeżył ogromny zawód, gdy Czarne Koszule ledwo uchroniły się przed spadkiem. Ten sezon miał więc być inny. Wydano ogromne - jak na nasze warunki - pieniądze na transfery, sprowadzono Artura Sobiecha, młodego, obiecującego snajpera z Ruchu Chorzów. Z zespołu niebieskich miał także dołączyć w przerwie zimowejMaciej Sadlok. Wszystko miało być idealne, jednak Wojciechowski był skonfliktowany z trenerem Czarnych Koszul - Jose Maria Bakero. Czekał więc tylko na pretekst by go zwolnić. Hiszpan powodów mu nie dawał. Wygrał trzy pierwsze mecze, w tym derby Warszawy z Legią, potem zremisował z Widzewem Łódź. Przegrał dopiero z świetnie dysponowaną wtedy Koroną Kielce. Józek nie wybaczył mu klęski i Bakero pożegnał się z posadą, którą zajął Paweł Janas. Były selekcjoner w 10 meczach zdobył tylko dziesięć punktów, czyli tyle samo ile Bakero w czterech. Polak więc ustąpił miejsca kolejnemu obcokrajowcowi, tym razem Holendrowi, Theo Bosowi. Ten jednak oprócz doprowadzenia piłkarzy do finału Marbella Cup nie zrobił nic. Trofeum nie zdobył, w lidze Polonia stoczyła się jeszcze niżej, Czarne Koszule dobrze grały tylko w sparingach. Dwie porażki, jeden remis i gra, jakiej sobie nie można wyobrazić przy zespole Ekstraklasowym szybko doprowadziły do zwolnienia Bosa. Jego miejsce na krótko zajał Piotr Stokowiec. Wreszcie na Konwiktorską powrócił jeden z najlepszych trenerów w Polsce - Jacek Zieliński.

Ojciec sukcesu Lecha w LE pracował już kiedyś w Polonii. Jako jeden z niewielu szkoleniowców, pożegnał się z Wojciechowskim w dobrej atmosferze, dzięki czemu mógł na stanowisko trenerskie wrócić. Zieliński zarządał przywrócenia Ebiego Smolarka, wyrzucenia ze składu pomyłek transferowych Bosa, jak Cotra czy Rekisz i dostał to. Wuefista zmotywował Polonistów tak dobrze, że ci, mimo stracenia bramki już w 2. minucie meczu z Koroną jeszcze w pierwszej połowie wbili rywalom trzy trafienia. Jacek Zieliński doprowadził Polonię do czterech zwycięstw z rzędu, min. z Lechem Poznań. Spotkanie z Kolejorzem widziałem na własne oczy, muszę więc powiedzieć, że Czarne Koszule nie grały imponująco. W strzeleniu gola trochę pomógł im wiatr, a także to, że zespół Bakero nie umie grać w przewadze. Jeśli chodzi o uderzenie Arboledy przez Smolarka, to była gruba przesada. Maniek płakał, symulował, udawał faule już od początku meczu, tak że na trybunach przy jego dotknięciu piłki słychać było gwizdy. Smolarek został sprowokowany, ma przecież wybuchowy charakter. Ja się nie dziwię, że Arboleda dostał w twarz, choć sądzę, że kara dla reprezentanta Polski była jak najbardziej słuszna.

Większość kibiców zauważa przede wszystkim siłę trzech zawodników w formacji Czarnych Koszul: Artura Sobiecha, odrodzonego Ebi Smolarka i przede wszystkim Adriana Mierzejewskiego. Dziwić się raczej nie trzeba, skoro Artur Sobiech nie tylko najwięcej strzela (9), ale i najwięcej asystuje (7). Często jednak dopadają go kontuzję, jak chociażby w sobotnim meczu z Lechią Gdańsk. Z kolei Ebi Smolarek to jedna z największych gwiazd polskiej piłki, za Jacka Zielińskiego przeniesiony na lewą pomoc. Zarabia najwięcej w Ekstraklasie, to i oczekuje się od niego najwięcej. Adrian Mierzejewski to prawdziwy lider Polonii, piłkarz teoretycznie “nie na sprzedaż”, chociaż nie wierzę, żeby Wojciechowskiego nie skusiła jakaś lukratywna oferta z zachodu, szczególnie kiedy Mierzej wyrośnie grubo ponad poziom reszty polonistów. Drugi strzelec Czarnych Koszul, ma siedem bramek, ale tylko jedną asystę. U Jacka Zielińskiego dostaje dużo swobody, ale najczęściej gra na prawym skrzydle.

Mimo to, jak dla mnie najważniejszym trybikiem w maszynie Polonii Warszawa jest… Bruno Coutinho Maritns, znany raczej jako Bruno. Nie będę wam tu opisywał jego kariery, bo do tego jest wikipedia. Zachęcam za to do przeczytania kapitalnego artykułu Marka Wawrzynowskiego o tymże piłkarzy. Bruno bardzo mocno przyczynił się do serii czterech zwycięstw z rzędu, w spotkaniu z Arką Gdynia dostał w głupi sposób żółtą kartkę, już czwartą, przez co nie zagrał w następnym spotkaniu ze Śląskiem WrocławOrest Lenczyk poustawiał wtedy obronę tak, że Poloniści nie mogli jej przejść, brakowało właśnie takiego gracza jak Bruno. Jacek Zieliński po meczu powiedział o brazyliskim pomocniku: “Jest zawodnikiem, który w takim meczu jak ten ze Śląskiem, gdy rywal gra zmasowaną obroną, bardzo by się przydał. To piłkarz, który potrafi sam przesądzić o losach meczu, zagrać niekonwencjonalną piłkę.” Bruno gra jako ofensywny pomocnik, ale haruje na całej linii pomocy. Do tej pory zaliczył trzy asysty i strzelił pięć goli. Nie są to może imponujące statystyki, ale były gracz Jagiellonii jest teraz w Polonii tak samo ważną postacią jak Adrian Mierzejewski. Kiedy go nie ma - drużynie nie idzie (Śląsk). Kiedy zachowuje się w głupi sposób, ukazując swój leniwy, a zarazem porywczy charakter - drużynie nie idzie (Cracovia Kraków). Czasami jednak nie jest leniwy tylko on, ale i cała drużyna (Lechia). A co wtedy można zrobić? Chyba tylko się załamać…

Na koniec ponownie pochwalę Jacka Zielińskiego. Nie będę może zbyt oryginalny, bo wuefista na komplementy zasługuje. Wystarczy spojrzeć na statystyki. Zieliński zdobył szesnaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe w ośmiu spotkaniach. Jeśli do końca sezonu wyciuka ich jeszcze sześć, zdobędzie więcej niż pozostali trenerzy Polonii w tym sezonie razem wzięci. W dodatku zdobył trofeum, co prawda żadne tam prestiżowe, ale jednak coś w gablocie na ten sezon stanie. W dodatku jest realistą - nareszcie! Nienawidzę podejścia trenerów typu Michała Probierza, który po piątej kolejce zapowiedział, że jego piłkarze walczą o mistrzostwo Polski. Do zdobycia było - bagatela - 75 punktów - a co, my walczymy o mistrzostwo Polski! Poglądy Zielińskiego podziela Wojciechowski. Razem twierdzą, że trzeba budować drużynę na następny sezon, a nie niepotrzbenie - niczym wszystkie drużyny w Polsce oprócz Lecha - obijać się o europejskie puchary. Brawo za podejście. Nie zmartwiłbym się, gdyby Polonia zajęła miejsce na podium, ale trener Polonii z jej właścicielem otworzyli mi oczy. A tak nawiasem - ilu prezesów klubu w Esktraklasie odważyłoby się tak powiedzieć?

* Skomentuj ten wpis

Pechowcy, szczęściarze i co dalej z naszą piłką?

Załamałem się poziomem meczu o finał pucharu polski, szczególnie poziomem wygranym. Postanowiłem więc opisać jakimi pechowcami są Lechici, jak zanikał zespół, który tak zaistniał w europejskich pucharach. Postaram się też wspomnieć o Legii, szczęściarzach i o tym, co to z nami będzie w następnym sezonie w Europie…

Po sezonie 2010/2011 dla futbolu polskiego wręcz legendarnym, kiedy to w Lidze Europejskiej hulali sobie piłkarze odrodzonego Lecha, który - dzięki Jackowi Zielińskiemu - nie dość, że zdobył mistrzostwo to jeszcze dostał się do fazy grupowej LE. Wprawdzie niepoprawni optymiści wciąż liczyli na sukces na miarę Widzewa Łódź czy Legii Warszawa, które to ponad 15 lat temu dostały się do elity europejskiej piłki, a Legioniści doczłapali się nawet do ćwierćfinału tychże rozgrywek. Przecież do Ligi Europejskiej Lech już wszedł dwa sezony temu, za kadencji aktualnego szkoleniowca reprezentacji Polski - Franciszka Smudy. Ba, nie dość że awansował, to jeszcze skutecznie przebił się przez fazę grupową, poległ dopiero w 1/16 z Udinese. Jacek Zieliński osiągnął więcej. Zamienił Puchar Polski Smudy na mistrzostwo Polski, w Europie osiągnął więcej. Dzięki właśnie tej drużynie Europa usłyszała o Polsce. Udało się to “wuefiście” tylko po sensacyjnym zwycięstwie nad Manchesterem City 3:1 czy wreszcie awansu z prawdziwej grupy śmierci, z Juventusem, Citiziens i mistrzem Austrii - Salzburgiem - na pokładzie. Zieliński wczepił w tą drużynę ducha walki, zaangażowania i wiary. Wiary w to, że można wygrywać i z firmami z najwyższej półki. O tym, że można także przegrywać np. z Zagłębiem Lubin, też nie zapomniał. Nie oglądało się ich tak przyjemnie, jak Lech Franciszka Smudy, który to był ostatnią ładnie grającą drużyną w Polscę. Byli jednak lepsi. Zieliński wprowadził na boiska ekstraklasowe zwykle piłkarzy grających wcześniej już u Smudy, jak Lewandowski czy Stilic. To on jednak uczynił z nich prawdziwych mistrzów jak na nasze warunki - Lewandowski tak zaimponował Borussi Dortmund, że klub, który został mistrzem Bundesligi 2010/2011 nie zawahał się wyłożyć 4,5 mln euro za transfer. Jak na nasze realia pieniądze gigantyczne. Lech zarobił nie tylko na sprzedaży Lewego, doszły gigantyczne wpływy z biletów - na każdy z trzech meczów w fazie grupowej przychodziły tłumy, zawsze był pełny stadion. Kibice tworzyli wspaniałą oprawę, to właśnie ponad 40 tys. doping poprowadził Kolejorza do pierwszego meczu na nowym stadionie - z Salzburgiem, wygranego 2:0. Lech pod wodzą Zielińskiego osiągnął więc wiele, w lidze jednak nie zachwycał. Zbliżył się nawet do strefy spadkowej, więc po dwóch efektownych wygranych z klubami z Krakowa wuefista musiał opuścić Bułgarską. Decyzja była ustalona wcześniej, ale zwolnienie na dzień przed jednym z najważniejszych meczów w karierze trenerskiej musi Zielińskiego boleć. I na pewno boli.


Po odejściu Zielińskiego Lecha opuściło szczęście. Pewnie, awansował do 1/16 finału, pokonał Manchester City, ale z tej Ligi Europejskiej szybko odpadł, a awans i tak przypisywałbym bardziej wuefiście niż jego następcy - Bakero. Po podpisaniu nowego kontraktu z Manuelem Arboledą atmosfera w szatni popsuła się bardzo wyraźnie. Do Kolonii odszedł Sławomir Peszko, którego okrzyknięto - niesłusznie zresztą - najemnikiem i zawodnikiem, który dla pieniędzy zrobi wszystko. Opadły Lechowi skrzydła, w systemie zarówno Bakero jak i Zielińskiego najważniejsze. Odpadł więc z Ligi Europejskiej, po przegranej z aktualnym finalistą - Sportingiem Braga. Zabrakło niewiele, bardzo niewiele. Przegrali po golu ze spalonego oraz fatalnym błędzie Kotorowskiego. Przecież gdyby Lechici mieli trochę więcej szczęścia w ostatniej minucie meczu Wilk trafiłby w okienko, a nie w poprzeczkę. Awansowałby Lech, a głosy o słabej taktyce Bakero ucichłyby. Na miejscu był jednak pech, nie przeszli. Kolejorz, niczym wolna lokomotywa toczył się, toczył i w końcu dojechał do początku maja. Teoretycznie miejsca za bardzo nie odrobili, jednak strata punktowa do 3 pozycji wynosi już tylko 2 punkty. Trzeba jednak uwzględnić, że o tą trzecią lokatę będzie biło się - bagatela - 10 zespołów. I to wcale nie jest tak, że tym trzecim musi być Lech. Widzę dużo poważniejszych kandydatów jak Polonia Warszawa z Zielińskim czy Śląsk Wrocław z Lenczykiem. Gorsze drużyny, lecz lepsi trenerzy.

Wracając do Lecha, to ten sezon miał być uratowany przez zdobycie Pucharu Polski. Wystarczyło pokonał słabiutką, beznadziejną wręcz ostatnio Legię, o której będzie później. Warszawiacy jechali do Bydgoszczy w lepszym nastroju. Mecz jednak na początku układał się po myśli Kolejorza, pierwsza połowa to popis umiejętności Rafała Murawskiego. W drugiej połowie wszystko się posypało, farciarski strzał Manu, dobra, wręcz bardzo dobra gra Legii. Tu jednak też obecny był pech. Nie mówię tutaj o sytuacji Mikołajczaka, bo to po żaden pech, tylko po prostu mało umiejętności, to samo sytuacja Hubnika - jak można z kilku metrów nie trafić w bramkę? Nie, chodzi mi tutaj o kapitalny strzał Kiełba. Wydawał się tak podobny do sytuacji Wilka w meczu z Bragą… Znowu zatrzęsła się poprzeczka, co poskutkowało w efekcie stratą Pucharu Polski, na rzecz drużyny, nie owijając w bawełnę, gorszej.

No właśnie, gorszej. Legia to drużyna szczęściarzy jakich mało, po prostu zlepiona drużyna bez ładu i składu. W dodatku z właściciel, który znajduje się po przeciwnym biegunie co do reakcji niż Józef Wojciechowski. Jak dla mnie, gorszym. Maciek Skorża dostał jeden z najlepszych stadionów w Polsce, miliony na transfery, zgodę z kibicami - co na Legii jest rzeczą bynajmniej ważną -, a nie potrafił zbudować drużyny na miarę mistrzostwa, które na Łazienkowskiej jest rzeczą pożądaną niemiłosiernie. Skorża jednak wraz z drugim „geniuszem” Jóźwiakiem przeprowadzał wręcz genialne transfery, na Łazienkowskiej rządził i dzielił, a właściciel wtrącać się nie zamierzał – no bo co, przecież wszystko było idealnie. Mimo fatalnej gry, która wołała o pomstę do nieba i zwolnienie Skorży zarazem, Legia doczłapała się jakoś po rundzie wiosennej na 3 lokatę w tabeli, całkiem zresztą przyzwoitą. Rundę wiosenną warszawiacy rozpoczęli mało przekonującym remisem z Cracovią, która to już po tym spotkaniu otrzymała status „rycerzy wiosny”. Od legionistów jednak wymagano trochę więcej. Przyszło więc zwycięstwo z Polonią Warszawa w derbach stolicy, po golu – a jakże! – przy którym pomogło szczęście, Sadlok nie zdążył wybić piłki, która odbiła się od jego piersi i wpadła do siatki. Powiało optymizmem, tak jak jednak szybko powiało, tak szybko przestało. W kolejnych siedmiu meczach Legia zdobyła – słownie – jeden punkt, a mimo to i tak była w czołówce tabeli. Doczłapała się jednak do finału pucharu polski i to zrobiła to całkiem efektywnie – 5:0 w dwumeczu półfinałowym z Lechią Gdańsk. Skorża wychwalał, że to jego zespół efektywnie jak Real Madryt, że pięknie jak Barcelona, że oni zawsze byli lepsi od rywala, tylko to on zdobywał gole… Po katastrofalnym meczu z Widzewem, gdzie jedyną składną akcję przeprowadził reprezentant Argentyny (!), zwykle rezerwowy Legii, Alejandro Cabral, Maciek Skorża zaznaczył, że jego drużyna zagrała mądrze jak Galacticos. Mariusz Walter, mimo powolnego wstawania Legii z kolan podobno zaczął reagować, chyba o kilka miesięcy za późno. Szuka nowego szkoleniowca, mówi się min. o Hubie Stevensie, bo Skorża miałby opuścić Łazienkowską latem.

Co?

Mój dzisiejszy artykuł sprowadza się dzisiaj do jednego. Do fatalnego poziomu polskiej piłki. Jeśli Legia Warszawa, drużyna, która na wiosnę zdobyła jedenaście punktów jest na trzecim miejscu w tabeli to coś jest nie tak. Jeśli ta sama Legia zdobywa puchar polski to jest jeszcze gorzej. O pucharze polski można jeszcze coś dopowiedzieć, bo przecież w półfinale i to o krok od awansu do finału (gdyby nie trio Stilic – Rundevs – Krawiec) było Podbeskidzie Bielsko Białą, czyli drużyna, która co prawda wicelideruje I lidze, ale ostatnio poległa z outsiderem tejże ligi – Dolcanem Ząbki, który szansę na utrzymanie ma już bardzo małe. W Ekstraklasie każdy potrafi wygrywać z każdym, przegrywać zresztą też, co udowodnił ostatnio chociażby Górnik, czy balansująca to na górze tabeli to na dole Polonia Warszawa. Aktualnie najlepszą drużyną w Polsce jest Wisła, ale jak to napisał kapitalnie Tomasz Gosz, nie zasługuje na LM. Nikt nie zasługuje. Z kolei podium Ekstraklasy jest do jak najszybszego zmienienia, Jagę i Legię jedzie kto chce – chociaż ostatnio warszawiacy próbują się bronić przed falą zespołów, które bardzo chętnie z nimi wygrają. Osobiście na podium widziałbym teraz Lecha i Śląska, który jednak ostatnio trochę mnie zaskakuje swoją słabą postawą.


* Skomentuj ten wpis

Oni muszą odejść

Wielkimi krokami zbliża się letnie okienko transferowe. Roman Abramowicz na pewno nie będzie próżnował, podobno chce dać nawet 80 mln euro na kupno nowych graczy. Jednak wiadome jest to, że jeśli ktoś przychodzi, to ktoś musi odejść. To jest moja piątka graczy, która definitywnie powinna opuścić Stamford Bridge, najlepiej za duże pieniądze.

1. Jose Bosingwa

Za: 15 mln euro.

Portugalczyk to już nie ten sam zawodnik co kiedyś. Stary nie jest, nie przekroczył nawet bariery 30 lat, ale nie prezentuje już tak wybitnego poziomu co kiedyś. W poprzednim sezonie, wobec jego absencji grał Bronislaw Ivanovic i to grał bardzo dobrze. Teraz, kiedy do klubu przyszedł David Luiz, Serb został przesunięty znowu na prawą obronę. Jose gra teraz fragmentami, niekiedy wchodzi z ławki. Zwykle to on wobec absencji którego kolwiek z defensorów wybiegał w pierwszym składzie, ostatnio Ancelotti wystawił Paulo Ferreirę. Czas Bosingwy w Chelsea się kończy, życzę mu jak najlepiej, ale niech odejdzie ze Stamford Bridge.

2. Paulo Ferreira


Za: 2 mln euro.

Nie są to oszałamiające pieniądze, ponieważ Paulo Ferreira z sezonu na sezon gra coraz gorzej i coraz mniej. Od lutego 2005 roku jego wartość spada regularnie, wtedy kosztował jeszcze aż 20 mln euro (według portalu transfermarkt.de). Ostatnio prezentował się dobrze tylko w roli tłumacza, lecz i tak było to prawie dwa miesiące temu. Dostał kilka szans, lecz ich nie wykorzystał. W letnim okienku transferowym 2010 pożegnaliśmy się z kilkoma trzydziestolatkami, teraz czas na kolejnego prawego obrońcę. 31 letniego.

3. Yossi Benayoun


Za: 10 mln euro.

Izraelczyk przychodził do Chelsea w wieku mocno już zaawansowanym, miał trzydzieści lat. Opuścił Liverpool będąc kapitanem swojej drużyny narodowej. W Chelsea miał zakończyć karierę bardzo przyjemnym epizodem. Zbyt dużo z tego nie wyszło, ponieważ przez większą część sezonu leczył kontuzję. Wrócił już w rundzie jesiennej, jednak pełni teraz rolę dopiero piątego środkowego pomocnika i gra - tylko i wyłącznie z ławki - jedynie wtedy, kiedy Essien, Lampard bądź Ramires są kontuzjowani. Miał być podstawowym zawodnikiem, jednak nic z tego nie wyszło. Carletto woli stawiać na młodych zawodników (oprócz Lamparda jest najstarszym ze środkowych pomocników) i bardzo dobrze. Za Yossim nie będziemy tęsknić, może dlatego, że nie poznaliśmy w pełni jego możliwości. Ja jednak drugiej szansy w postaci zostania na następny sezon bym mu nie dał, za duże ryzyko.

4. Salomon Kalou


Za: 15 mln euro.

Powtarzałem to wielokrotnie, powtórzę i teraz: Kalou musi odejść. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej nie prezentuje takiej formy, żeby grać w Chelsea, a co dopiero, żeby wybiegać na boisko w podstawowym składzie. Od czasu jego przyjścia w 2005 roku na Stamford Bridge jego wartość systematycznie wzrasta. Kalou przebudza się zawsze na koniec sezonu bądź akurat wtedy, kiedy władze klubu rozważają jego odejście. Rodak Didiera Drogby strzelił w tym sezonie dziesięć goli, co plasuje go na trzecim miejscu wśród zawodników The Blues. To pokazuje, że Kalou nie trafia wcale wiele razy, żeruje tylko na tym, że jego koledzy do siatki trafiają jeszcze rzadziej. W każdym razie, Kalou to nie jest piłkarz dla Chelsea. Dużo lepiej prezentuje się jego rywal na tej samej pozycji, Florent Malouda. Kalou w żadnym z sezonów, które spędził w Chelsea nie prezentował formy wybitnej, często był zawodnikiem, który wchodził z ławki. Dopiero po przyjściu Torresa, nieregularnej formy zarówno Hiszpana jak i Anelki, razem z Malouda grali na skrzydle, po bokach Didiera Drogby. Ja bym jednak chętniej widział tutaj kogoś innego, najlepiej Daniela Sturridge’a.

5. Nicolas Anelka


Za: 15 mln euro.

Może trochę źle robię, skreślając trzech trzydziestolatków w Chelsea, ale ja chcę oglądać na Stamford Bridge młodych, zdolnych i kreatywnych, jak wspomniany wcześniej Daniel Sturridge czy Piazon, który do Chelsea przyjdzie po następnym sezonie. Nie mogę patrzeć na męczącego się mecz za meczem Anelkę, który za wszelką cenę chcę strzelić gola, ale coś nie może. Nie trafił do siatki rywali na boiskach angielskich już od 2 lutego, jest to seria dłuższa niż ta, którą tak media ośmieszały Fernando Torresa. Gola z kolei nie strzelił od 22 lutego, kiedy to pokonał dwukrotnie bramkarza Kopenhagi. W Lidze Mistrzów spisywał się całkiem przyzwoicie, miał na koncie siedem goli, przez co nawet doczłapał się na szczyt wśród strzelców. W Premier League jednak zawodzi. Przez cały sezon po zdobyciu gola cieszył się tylko sześć razy, co dla takiego napastnika jak Anelka jest drobnym upokorzeniem. Z drugiej strony, w poprzednim sezonie zdobył o tylko 5 goli więcej, lecz wtedy wyręczył go Didier Drogba, zdobywając 29 trafień. Teraz najlepszym strzelcem The Blues jest Florent Malouda mający o 16 goli mniej.

Oczywiście czy ci zawodnicy odejdą zależy głównie od tego czy ktoś będzie chciał ich kupić. Szczególny problem może być z Paulo Ferreirą, ponieważ wątpie czy on będzie chciał się ruszać z Chelsea, nawet jeśli będzie ciąglę grzał ławę. Postarałem się wybrać tych, którzy mogą odejść, ponieważ cokolwiek by się nie stało, Fernando Torres z Chelsea nie odejdzie. Abramowicz nie będzie chciał sprzedać zawodnika za którego dał prawie 60 mln euro.

* Skomentuj ten wpis

I co z tymi napastnikami?

Chciałoby się powtórzyć poprzedni sezon. I to nie ze względu na mistrzostwo Anglii, ale na wybitną skuteczność naszych zawodników. Strzelili wtedy w sumie 103 gole, najwięcej w historii wśród drużyn Premier League. Jakby tego było mało, odnieśli najwyższe zwycięstwo w lidze, a w klasyfikacji strzelców wygrał nasz napastnik - Didier Drogba, strzelając 29 goli. Piąte miejsce zajął Frank Lampard, który był najwyżej wśród pomocników. Do siatki trafiał aż 24-krotnie. Na odpowiednio 10 i 11 miejscu znajdowali się Florent Malouda i Nicolas Anelka.

Wróćmy jednak może do obecnego sezonu. Aktualnie najlepszym strzelcem jest wspomniany wcześniej Francuz, Florent Malouda. Jeszcze szóstego kwietnia jego osobę łączono chociażby z Olympique Lyon. Teoretycznie był bez formy, a zawodnicy bez formy są do ostrzału. Teraz już chyba nikt tak nie myśli…  Od wspomnianego szóstego kwietnia Malouda zaczął błyszczeć formą. Rozegrał cztery spotkania w Premier League i strzelił cztery bramki. Jedna dała nam zwycięstwo nad Stoke, dzięki innej przypięczętowaliśmy zwycięstwo nad West Hamem. W każdym razie, kiedy Malouda poczuł naprawdę mocno, że może zbiżać się jego koniec w Chelsea skupił się. I gra wybitnie, aktualnie jest nie do wygryzienia ze swojej pozycji. Zresztą tak naprawdę nie ma poważnej konkurencji, ponieważ Zhirkow z tygodnia na tydzień dostaje coraz mniej szans, Mikel gra na innej pozycji i on ma raczej rywala w postaci Ramiresa. A Kalou? O nim w następnym akapicie…

Salomon Kalou. Rodak Didiera Drogby, teoretycznie najwiekszy talent w Chelsea. Przeszedł do niej już w 2006 roku, a więc jeszcze za czasów Mourinho. Miał kiedyś zastąpić Joe Cole czy Didiera Drogbę. Zastąpił? Bzdury. Jego sytuacja stała się jeszcze gorsza, kiedy do klubu przyszedł Malouda. Wtedy reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej głównie grzał ławę. Trochę wiary wstąpiło w niego, kiedy do klubu przyszedł Torres. Najpierw grał jego rywal na skrzydle, Malouda, ale z czasem Ancelotti zaczął eksperymentować w składzie. Carletto zauważył, że Torres chyba przestał strzelać, więc przestawił ustawienie na 4-3-3, gdzie na środku napadu grał Didier Drogba, a na skrzydle biegali właśnie Kalou i Malouda. Forma reprezentanta Wybrzeża Kości Słoniowej zbytnio nie imponuje. Co prawda strzelił dwa gole w trzech meczach, kiedy to The Blues grali w takim ustawieniu, ale i tak nie powinien dalej grać w Chelsea. Dwa gole w tak krótkim odstępie czasowym to jak na naszych napastników dużo. Jednak osiem w całym sezonie wcale specjalnym osiągnięciem nie jest. Kalou jest więc do ostrzału.

Kolejnym napastnikiem, który biega na Stamford Bridge dosyć regularnie jest Nicolas Anelka. Nie wchodzi na boisku w pierwszym składzie, ale zawsze pojawia się na murawie boiska. Czy to na dziesięć minut przed końcem, czy wcześniej, czy nawet w przerwie. W każdym razie, nic nie wnosi. Od czasu meczu z Sunderlandem, który odbył się pierwszego lutego, a więc już prawie trzy miesiące temu, nie strzelił gola w lidze. Francuz ustrzelił jeszcze dwukrotnie bramkarza Kopenhagi, co dało nam awans do przegranego ćwierćfinału z Manchesterem United. Jednak im bliżej do zakończenia sezonu tym gorzej jest z Nicolasem. Kiedy wiadome było, że do klubu przychodzi Torres, Anelka poczuł oddech konkurencji i rozegrał kilka dobrych spotkań. Wtedy to on grał. Potem jednak co raz gorzej prezentował się we wszystkich spotkaniach, więc usiadł na ławce. Teraz tylko z niej wchodzi i raczej nie ma szans na regularną grę w podstawowym składzie. Napastnik, który w ciągu zawodowej kariery grał w dziewięciu klubach (!) nie ma już przyszłości w Chelsea. Zabiera Ancelottiemu możliwość wprowadzenia jakiegoś zawodnika, który dałby sensowniejszą zmianę od niego. On, jak już wcześniej napisałem, nic nie wnosi. Podsumowaniem ostatnich występów Anelki w Chelsea może być sytuacja z West Hamem. Torres idealnie do niego zagrywa, Francuz jest w polu karnym, przed sobą ma tylko bramkarza i jednego obrońcę, stojącego tuż przy bramce. Nicolas strzela nad bramkarzem, ale trafia w głowę zawodnika z pola, który blokuje piłce drogę do bramki. Ta wychodzi na rzut rożny. Jak widać, Anelka chce, ale nie może.

Pisze tutaj o słabej dyspozycji strzeleckiej obu tych piłkarzy, ale przecież reszta wcale nie jest dużo lepsza. Didier Drogba z 12 bramkami jest naszym drugim strzelcem. Mimo wszystko, gra dużo lepiej od Anelki. Na boisku wyróżnia się, haruje, biega po całym boisku i raz po raz rozprowadza akcję, które kończą się groźnymi strzałami na bramkę albo czasami golami. Jeszcze inaczej wygląda sytuacja Torresa, który z Chelsea i tak nie odejdzie. Abramowicz nie sprzeda piłkarza, którego w zimę zakupił za 58 mln euro. Musimy pogodzić się z obecnością El Nino na Stamford Bridge. Może on zacznie nareszcie strzelać, tak jak to zrobił w meczu z WHU?

Jak na razie narzekałem tylko na brak skuteczności bądź na słabą formę napastników. Zasłużenie? Pewnie, ale nie można dostrzegać tylko negatywów. Kiedy do klubu przychodził Fernando Torres, wydawało się, że na straconej pozycji jest Daniel Sturridge. Młody Anglik był w klubie dopiero czwartym środkowym napastnikiem, a więc szanse na grę miał iluzoryczne. Wypożyczono więc go do Boltonu, z nadzieją, że tam się zaklimatyzuje i dostanie szanse gry w pierwszym składzie. W byłym klubie Euzebiusza Smolarka wiedzie mu się jak na razie znakomicie. W dziesięciu spotkaniach ustrzelił siedem goli i wskoczył na drugie miejsce wśród strzelców Boltonu. Inna sprawa, że to inaczej grać w klubie walczącym o LE, a inaczej grać o mistrzostwo Anglii i biegać na boiskach europejskich walcząc o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Mimo wszystko to jego bramka dała triumf Boltonu nad Arsenalem, dzięki czemu Kanonierzy wypadli z gry o mistrzostwo Anglii. Sturridge bramkę zadedykował Chelsea. To nie jedyny z młodych atakujących, którzy przebywają na wypożyczeniu w innych klubach, ale ich macierzystą drużyną jest właśnie Chelsea. Można by wymienić chociażby Fabio Boriniego, który gra w Sweanse albo Gaela Kakutę, biegąjącego na boisku Fulham. Pierwszy regularnie strzela gole, a drugi - skrzydłowy - znacząco poprawił swoją grę. To ich chce widzieć na Stamford Bridge, a nie kolejnego środkowego napastnika za grubę pieniądze, jak Romero Lukaku, który jest z ekipą Carletto przez media łączony.

* Skomentuj ten wpis

« WsteczDalej »


Polecamy



Diablo 3

FIFA 13

Wyszukaj w blogu

RSS


maj 2012
P W Ś C P S N
« marca    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031